Conan the Barbarian

– „What is best in life?
– To crush your enemies, see them driven before you, and to hear the lamentation of their women”.

Na początek nadmienię, że pisanie recenzji i długość wypowiedzi nigdy nie były moimi mocnymi stronami. Mam nadzieję, że z czasem będzie z tym lepiej, bo to był również jeden z powodów dla których zacząłem prowadzić tę stronę.

Pierwszy raz oglądałem „Conana” wieki temu i jak zwykle zasiadając do powtórki po tak długim czasie miałem obawy czy film się obroni (większości się nie udaje). Zwłaszcza, że to fantasy – gatunek, który w kinematografii ma chyba najmniej udanych czy nawet przyzwoitych tytułów.

conan-the-barbarian-poster

Aktorstwo jest dość drewniane – austriacki kulturysta z miernym angielskim w roli tytułowej, wspierany przez tancerkę i surfera. Kostiumy, efekty specjalne i choreografia walk trącą myszką. Co zatem sprawia, że po trzydziestu latach ten film nadal wzbudza emocje i bardzo dobrze się go ogląda? Dwie rzeczy: scenariusz w koncepcji opery (wyczytałem to oczywiście na wikipedii, nie jestem taki mądry) oraz jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych jakich słuchałem. Dialogi ograniczone są do minimum i nawet te wygłaszane przez wspomniane trio nie brzmią tragicznie. Bardziej od mówionych kwestii razi brak bogatszej ekspresji Schwarzeneggera (no dobra, jego akcent też), Bergman i Lopeza. Fabuła to tradycyjne „od zera do bohatera” z wątkiem zemsty, ale sposób w jaki jest pokazana oraz prawie nieustannie towarzysząca jej genialna muzyka Basila Poledourisa sprawiają, że to wciąż jest jeden z najlepszych filmów spod znaku magii i miecza w historii.

„Conan” niewątpliwie się postarzał – zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach będzie z miejsca porównywany do „Władcy Pierścieni” (tak jak każdy inny obraz z tego gatunku). Wciąż jest jednak na tyle solidny, że warto go obejrzeć lub powtórzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *