Heavy Rain i PS3 – konkluzje

Niespodziewana i zarazem stosunkowo krótka przygoda z Playstation 3 dobiegła końca. „Heavy Rain” skończyłem. O fabule i pierwszych wrażeniach już pisałem, teraz przyszła pora na podsumowanie. Podtrzymuję wcześniejsze zdanie o historii (jest świetna, trzyma w napięciu i łapie za serducho) oraz aktorach i postaciach, w które się wcielają. Jednak im dalej w grę, tym coraz bardziej nienawidziłem gameplaya. QTE w nadmiarze to jednak zło w czystej postaci – po kilku fragmentach z dużym natężeniem akcji staje się to powtarzalne i nudne. Poza tym niektóre sekwencje trwały jakoś tak nienaturalnie długo – unik, cios, unik, unik, ucieczka, powrót, cios, unik, unik, strzał, cios, unik, to jeszcze nie koniec, unik, unik, walka w parterze, cios, unik, no kończże się wreszcie… Rozumiem, że mogło to być przez łatwy poziom trudności – gra dawała mi szansę na poprawki, tyle że kilka serii zrobiłem bezbłędnie i również ciągnęły się w nieskończoność. Milczeniem pominę ważną scenę pod koniec gry, gdzie konsola tylko raz na kilka prób zarejestrowała ruch kontrolera w dół – frustracja sięgnęła zenitu. Tl;dr – za duża schematyczność rozgrywki.

Chciałem posiłować się jeszcze z „Assassin’s Creed”, ale zabrakło czasu. Miałem też na chwilę pada w rękach podczas „Medal of Honor” – LOL. OK, nawet po tych trzech tygodniach ciągle nie czułem się komfortowo z kontrolerem, ale przepraszam bardzo – jak w FPSach celuje się na tym ustrojstwie? Przecież to jakieś kuriozum, w porównaniu z precyzją myszki to niebo a ziemia.

Zagrałem też w dema dwóch gier z gatunku, na który wrócił mi bardzo duży apetyt.mortal_kombatDrugim tytułem było „Injustice: Gods Among Us”, czyli to samo, od tych samych twórców, ale w świecie DC. Ostatnią bijatyką, w jaką grałem był drugi Mortal, jeszcze na Amidze. Muszę powiedzieć, że ponowne nawalanie się po mordach Sub-Zero, Scorpionem i spółką sprawiło mi masę frajdy. To wciąż ta sama przerysowana brutalność (X-Raye!) w fajnej oprawie graficznej i w 2D (powrót do korzeni). Jest moc. Poważnie się zastanawiam nad kupnem wersji PC, która wyszła chyba całkiem niedawno.

Podsumowując – ochota na niektóre konsolowe tytuły nieco mi przeszła (chociażby „Uncharted”, które też jest podobno jednym wielkim QTE – dziękuję, poszukam gameplaya na youtube), a na inne wprost przeciwnie (GET OVER HERE!!!). Chciałbym też zobaczyć na żywo jak jakiś wymiatacz gra na padzie w jakąkolwiek strzelankę, bo naprawdę nie kumam jak można tym czymś zrobić najzwyklejszego head shota.

[WoW] 7,7 miliona i kilka luźnych przemyśleń

Kilka dni temu Activision Blizzard wydał oświadczenie prasowe, w którym oprócz czysto biznesowej informacji o wykupieniu udziałów od Vivendi w celu uzyskania (chyba) większej niezależności (kompletnie nie rozumiem o co chodzi jeśli w grę wchodzi giełda i inne takie) pojawiła się również wzmianka o tym, że World of Warcraft posiada obecnie 7,7 miliona subskrybentów, co oznacza że od poprzedniego kwartału ubyło 600 tysięcy „uzależnionych”. Już poprzedni spadek był alarmujący – wszakże na początku marca wyszedł patch 5.2, co powinno sprawić, że graczy przybędzie, a nie odwrotnie. Zwłaszcza, że rajd i towarzyszące mu inne atrakcje wypadają bardzo dobrze. Pomimo szybszego pojawiania się dobrego contentu, tendencja stale się utrzymuje, co oznacza, że małymi krokami faktycznie zbliżamy się do (ogłoszonej już co najmniej piętnaście razy) śmierci WoWa. Podejrzewam, że nawet managerowie z Zamieci głowią się teraz nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Na pewno duży wpływ, jeśli nie decydujący, ma wiek gry (za rok z okładem 10-lecie) oraz ogrom konkurencji, która w większości opiera się na modelu Free to Play. Sądzę, że sporo do powiedzenia ma również problem zbyt dużej dostępności, o którym niedawno pisałem – potrzebny jest jakiś cel wyznaczany przez hardkorową mniejszość, do której będzie dążyć nie tak hardkorowa większość. Mnie to napędzało te kilka lat temu i w dużym stopniu napędza do tej pory – wiedziałem, że są trudniejsze rajdy i bossowie, że jest dużo innych wyzwań, że mogę grać lepiej. Co prawda tylko niewielki odsetek faktycznie wejdzie na wyższy poziom czy będzie nieustannie do niego dążyć, ale nawet ci którym nie pójdzie tak dobrze będą wciąż mieć motywację. Teraz tego zacięcia brakuje – „zobaczyłem wszystko na LFRze, do zobaczenia w następnym patchu”.

Wczesną jesienią (lub późnym latem) wyjdzie ostatni rajd dodatku, a to zawsze sprawiało, że liczba subskrybentów skakała w górę, ale patrząc na tendencję ostatniego roku, nie jest to już takie pewne. Chociaż w sumie… Garroshowi do Arthasa *nieco* brakuje, ale nowy Warchief Hordy to temat rzeka budzący sporo emocji (go Vol’jin!).

Większym magnesem do powrotu mogą się okazać Virtual Realms, czyli odpowiedź developerów (nareszcie) na serwery o małej populacji. Mało jeszcze wiemy o VRach, ale w jakiej postaci by nie były, zawsze to jakieś ułatwienie i krok w dobrym kierunku jeśli chodzi o poszukiwanie współgraczy oraz gildii o odpowiadającym nam profilu. Nie zmienia to faktu, że Realm Transfery dość dawno temu powinny być tańsze albo nawet bezpłatne (w tym drugim wypadku oczywiście dozwolone co jakiś czas, np. raz na cztery miesiące). Takie ułatwienie prawdopodobnie zatrzymałoby ludzi, których przyjaciele przestali grać czy rozpadła im się gildia i nie chcieli lub nie stać ich było na przenosiny.

Na koniec z innej beczki. Jeśli Stormcrow okaże się kolejnym mountem dostępnym w Pet Store zamiast w grze, to przejadę się do Kalifornii i walnę kogoś w twarz.

Pacific Rim

Jeszcze rok temu nastawiałem się na trochę ambitniejszą rozrywkę, po trailerze pojawiły się duże wątpliwości, by na krótko przed seansem pierwsze opinie uświadomiły mi, że to rozwałka w czystej postaci. Na szczęście Del Toro nie próbował włożyć do tego filmu poważniejszych treści – chodzi tylko i wyłącznie o efektowną rozpierduchę.

pacific_rim
W fabule pełno jest klisz, standardowych bohaterów, trochę nieścisłości i głupot podlanych odrobiną patosu. Przyczepiłbym się tylko do „dryfu” czyli neuronowego połączenia dwóch pilotów sterujących Jaegerem – mogli się trochę bardziej przyłożyć do wyjaśnienia. Resztę należy, dla własnego dobra, przyjmować bez zastanowienia i napawać się widokiem ogromnych robotów naparzających się z jeszcze większymi potworami. Trudno też się spodziewać, żeby aktorzy grali na miarę Oskarów, ale obsada jest na tyle solidna, że nie ma wstydu. Moim faworytem jest oczywiście Ron Perlman – postać tak przerysowana, że aż urzekająca.

Już pierwsza scena, w której widzimy przygotowujących się pilotów, a następnie mecha ruszającego do akcji w rytm świetnego motywu przewodniego przyprawiła mnie o nerdgazm. Twórcy mocno się przyłożyli do szczegółów zarówno robotów jak i całej technologicznej otoczki – zwłaszcza mechanicznego oprzyrządowania. Od Jaegerów i Kaiju nie mogłem oderwać wzroku – świetne projekty, każdy miał inną budowę i stosował inną taktykę, a kiedy dochodzilo do walki uśmiech miałem od ucha do ucha. W żadnym momencie nie odczuwa się, że to makiety czy inne miniatury – niszczone są wszelkie budynki, a jako broń używane kontenery czy całe statki.

Dużo więcej chyba nie napiszę, trzeba to po prostu zobaczyć (koniecznie na dużym ekranie, ale tylko w 2D). Typowe letnie odmóżdżające widowisko z imponujacym rozmachem. Czekajcie do końca napisów.

[WoW] Mikrotransakcje

Blizzard oficjalnie zaczął poważnie badać możliwości mikrotransakcji w World of Warcraft. W patchu 5.4 pojawi się sklep dostępny bezpośrednio w grze (czyli oddzielny byt od Pet Store, o którym za chwilę), początkowo dostęp będą mieli gracze z Azji, a nabyć będzie można buff przyspieszający zdobywanie doświadczenia oraz Lesser Charms of Good Fortune. Kilka dni później podano informację, że do Pet Store trafi kilka nowych przedmiotów nie będących ani wierzchowcami, ani zwierzakami.

Tematem zajął się już zarówno Manaflask jak i Olivia Grace, następczyni Lore’a na TankSpocie. Nie miałem czasu zapoznać się z tymi opiniami (naprawdę muszę albo rzucić pracę, albo znaleźć sposób na wydłużenie doby), więc może za jakiś czas dorzucę jeszcze jakieś przemyślenia.

Na dzień dzisiejszy moje zdanie jest takie (i nie zmieni się znacząco), jakie było kiedy pojawił się Pet Store właśnie – sprzedawanie jakichkolwiek przedmiotów czy to kosmetycznych, czy ułatwiających/przyspieszających niektóre aspekty w grze z abonementem to oznaka chciwości, policzek dla każdego „kolekcjonera-przeróżnych-zabawek-i-osiągnięć” (którym sam jestem) i generalnie zachowanie nie fair. Argument „jeśli ci się nie podoba, to nie kupuj” mnie nie przekonuje. Co prawda stosuję się do niego od początku – bardzo chciałem i chcę mieć nadal chociażby Pandarena i Nietopyrza, ale w imię zasady powstrzymuję się od kupna. Nie zmienia to faktu, że istnienie tego typu kramów podczas kiedy od ponad pięciu lat płacę abonament prawie non-stop bardzo mi zgrzyta. Dochodzi jeszcze świadomość, że środki zużyte do powstania tych ekstra przedmiotów mogły iść na dopieszczanie WoWa i poprawianie błędów. Trzy hełmy do Transmoga to już w ogóle przegięcie – zdecydowanie lepiej by się stało, gdyby zbrojom w 5.4 poświęcono więcej uwagi.

Wracając do buffa i Lesser Charms – „gracze się tego domagali”. Gracze to w sporej części idioci, którzy sami nie wiedzą czego chcą (niżej podpisany też zbłądził co najmniej kilka razy). Regularnie zostaje zmiejszana ilość doświadczenia potrzebna do wbijania kolejnych poziomów – to wystarczające ułatwienie. Charms są powiązane z rajdowaniem, daily i co za tym idzie – z grindem. Bez tego ostatniego ciężko mi sobie wyobrazić WoWa. Oczywiście zrobiony źle (Golden Lotus) nie przynosi niczego dobrego, ale zaimplementowany dobrze i w rozsądnych ilościach (Klaxxi) działa właściwie. Trzeba jeszcze tylko pamiętać, że każdy ma inną tolerancję i nie należy do niczego się zmuszać.

OK, trochę podryfowałem. Podsumowując – ułatwiacze, ozdobniki i pozostałe usługi czy przedmioty nabywane za fizyczne pieniądze nie pasują mi do definicji gry ze stałym abonamentem. Nie kupiłem do tej pory żadnej i nie zamierzam. Z biznesowego punktu widzenia to na pewno się sprawdzi, ale osobiście czuję się trochę jak obywatel drugiej kategorii.

Bliskie spotkania z trzecim Playstation

Jak wspominałem na Facebooku i Twitterze do końca lipca będę miał dostęp do PS3 oraz takich gier jak „Heavy Rain”, „Assassin’s Creed” i kilku innych. Na razie uczyłem się od zera grania padem na „Fifie 12”, a kiedy poczułem, że „jakotako” daję sobie radę, włączyłem pierwszy z wyszczególnionych wyżej tytułów.
heavy_rain Fabuła skupia się na rozwiązaniu zagadki Origami Killera, który porywa i więzi swoje ofiary, i korzystając z długich okresów opadów, topi je w deszczówce. Ofiarami są wyłącznie dzieci. Podczas rozgrywki kierujemy czwórką bohaterów: Ethan Mars – ojciec następnej ofiary zabójcy, mający kilka dni na uratowanie syna; Scott Shelby – prywatny detektyw badający sprawę zabójstw; Norman Jayden – agent FBI przysłany z Waszyngtonu by pomóc policji w rozwiązaniu sprawy oraz Madison Paige – fotograf cierpiąca na bezsenność i zmagająca się koszmarami, która przypadkiem zostaje wplątana w główny wątek fabularny.

Gra noir można by rzec. Bardzo ponura, miejscami nawet przygnębiająca tematyka, bohaterowie z przeszłością, własnymi demonami i problemami. Oczywiście jest też prywatny detektyw i padający deszcz. Intryga wciąga jak bagno i przykuwa do ekranu. Decyzje podejmowane w trakcie rozgrywki mają wpływ na zakończenie, ale o tym i paru innych rzeczach, które ewentualnie pojawią się po drodze, napiszę jak już grę ukończę. Główne postacie dramatu może niekoniecznie wzbudzą u wszystkich sympatię, ale raczej na pewno będzie nam zależeć na ich losie. Spore wrażenie robi motion capture, zwłaszcza mimika twarzy („L.A. Noire” to może nie jest, ale wygląda bardzo dobrze). Każdy z bohaterów jest wzorowany na żywym aktorze i to bardzo duży plus w tego typu produkcji.

Jeszcze tylko kilka słów o sterowaniu. Dla takiego nooba jak ja, który ciągle jeszcze często się myli gdzie jest jaki przycisk na padzie, QTE są strasznie frustrujące. Gram na najłatwiejszym poziomie trudności i spora część błędów jest mi wybaczana. Na normalu straciłbym chyba resztki zaufania do swoich umiejętności. Pozostała interakcja w miarę mi wychodzi. Przy okazji ostrzeżenie dla fanów dynamicznej rozgrywki – to nie gra akcji. Głównie śledzimy fabułę i podejmujemy decyzje, a wspomniane QTE to wszystko (a przynajmniej tak się zapowiada) co twórcy oferują. Taki gatunek. Ja sam na pewno nie mógłbym zagrać w kilka takich tytułów pod rząd, ale od czasu do czasu czemu nie?

[WoW] LFR vs. Flex

W następnym patchu (5.4) pojawi się nowy poziom trudności rajdów o nazwie Flexible Raiding, w skrócie Flex. Ma być usytuowany pomiędzy LFR a Normal, adresowany do małych grup oraz gildii składających się z rodziny i przyjaciół. Oprócz tego na taki rajd można zabrać dowolną liczbę osób z przedziału od 10 do 25 – przeciwnicy będą się dynamicznie skalować. Stara wiadomość jest stara – Blizzard ogłosił ją miesiąc temu, ale dopiero niedawno ją przetrawiłem.

Kiedy pod koniec Cataclysmu wprowadzano LFR byłem entuzjastycznie nastawiony – poziom trudności dla graczy, którzy nie mają czasu i/lub nie są w zorganizowanej gildii, dzięki czemu będą mogli wreszcie zobaczyć całą zawartość gry oraz na czym polega rajdowanie. System ten wydawał się też idealny dla altów i pod tym względem nadal się sprawdza. Na dłuższą metę nie jest tak różowo. Podstawowym grzechem LFR jest brak jakiejkolwiek interakcji z resztą graczy. Do czasu jakiegoś trudniejszego bossa typu Lei Shen, gdzie jednak trzeba co nieco ustalić, jest ona zwyczajnie niepotrzebna. Koniec końców szczegóły ustala jedna, góra dwie osoby, a pół rajdu i tak się do nich nie stosuje. To i kilka innych rzeczy świetnie obrazuje poniższy eksperyment:

Klip dowodzi, że WoW dla kogoś nowego i niezorientowanego jest tak naprawdę grą „single player”, w dodatku trzeba zrobić bardzo niewiele żeby ją „ukończyć” (traktuje też o kilku innych sprawach i zgadzam się tezami tam przedstawionymi w 100%). Oczywiście gry dla pojedynczego gracza nie są gorsze, nic z tych rzeczy. World of Warcraft jest jednak grą MMO i powyższe zjawiska nie są w nim pożądane. Zwłaszcza w rajdowaniu, które z definicji jest przeznaczone dla dość sporej grupy ludzi i opiera się przede wszystkim na ich współpracy.

Niezaprzeczalną zaletą LFR jest wygoda – wchodzę do kolejki, czekam, robię swoje, odkrywam instancje, zgarniam ewentualny loot, wychodzę. Czasami taka odmiana po ciągłych wipe’ach i, nie daj Boże, użeraniu się ze współgraczami może być miła. W dłuższej perspektywie stwierdzam jednak, że wychodzi wszystkim na złe – zarówno grze jak i społeczności wokół niej zgromadzonej. Dlatego sądzę, że najlepiej by było, gdyby z wejściem Flex, LFR zostało usunięte z gry. Jest to oczywiście pobożne życzenie, bo wątpię by Blizzard kiedykolwiek to zrobił. Szkoda, ponieważ WoW przekroczył chyba granicę zbyt dużej dostępności, zbyt wielkiego ułatwiania niektórych rzeczy, aspekt socjalny też jest zaniedbany (jeśli pisze to taki introwertyk jak ja, to naprawdę jest źle, uwierzcie mi) – do wszystkiego są kolejki, a do eksplorowania świata „zachęca” nas Archeologia (wiele eksponatów chciałbym mieć, ale perspektywa powtarzalnego i nudnego latania z miejsca na miejsce mnie zniechęca) czy dodany w 5.3 jeden (!) tygodniowy quest, w dodatku oparty w całości na również nudnym grindzie. To nic, że w pewnych warunkach (brak gildii/martwy serwer – kolejne sprawy, które potrzebują uwagi, ale o tym może kiedy indziej) złożenie grupy rajdowej na Flex może zająć więcej czasu niż kolejka w LFR – teraz mam porównanie i wolę to pierwsze, a drugiego może będę używał na altach (o ile znajdę na nie czas – w MoPie ciągle mam dużo do zrobienia pierwszą postacią).

Brak nowych graczy, którzy nie zadowalają się Looking for Raid i pchają grę do przodu przy okazji zastępując starą gwardię oraz wszystkie opisane powyżej powiązane z tym rzeczy to na chwilę obecną chyba największy problem WoWa. Drugim będą gildie (brak wsparcia ze strony Blizzarda w ułatwieniu rekrutacji) i związane z tym martwe/umierające serwery. O tym też mam coś napisać?

Najbardziej niepełna relacja z Bałtyckiego Festiwalu Komiksu 2013 jaką znajdziecie

W miniony weekend odbył się szósty Bałtycki Festiwal Komiksu, na który w końcu się wybrałem, zaliczając tym samym po raz pierwszy tego typu imprezę. Niestety byłem obecny tylko w sobotę – praca skutecznie mi przeszkodziła drugiego dnia. Główną atrakcją była oczywiście wizyta Davida Lloyda – rysownika, który jest znany przede wszystkim ze słynnego „V for Vendetta”. Ale po kolei.

Na miejsce dotarłem przed dziesiątą, więc byłem jeszcze świadkiem jak nowe pokolenie komiksiarzy pod czujnym okiem rodziców czyha na autografy:

Młodzi geecy (geekowcy?) w akcji.

Młodzi geecy (geekowcy?) w akcji.

Nie mam pojęcia kto te autografy rozdawał, ale z tego co zauważyłem składał je wyłącznie na kopiach albumu „Pan Samochodzik i Templariusze” autorstwa uczniów klasy IV Sopockiej Autonomicznej Szkoły Podstawowej. Zacna idea. Przy okazji – tak, wszystkie zdjęcia będą tak perfekcyjnie wykadrowane.

O 10 do boju ruszyli Kajetan Kusina i Bartłomiej Gajdzis w panelu o Robie Liefeldzie. Świetna rzecz o nie do końca mrocznej części tzw. Dark Age of Comic Books.

Anatomia ludzkiego ciała wg Roba Liefelda.

Anatomia ludzkiego ciała wg Roba Liefelda.

Obydwaj panowie przyszli przygotowani i opowiadali z jajem. Nawet moja towarzyszka, która zajrzała na chwilę i o komiksach wie tyle, ile ja jej opowiem (a sam wiem niewiele), co chwilę wybuchała śmiechem. Bardzo dobrze przedstawiony materiał, w którym znalazło się dla mnie sporo nowych informacji.

Następnie na podium wkroczyli przedstawiciele wydawnictw. A właściwie założyciele i/lub właściciele. Na początku nie w pełnym gronie, ale za to w 3D:
BFK_2013_04 Kilkanaście minut potem wszyscy byli już w komplecie:BFK_2013_05 Od lewej: Krzysztof Jacek Bareła z nowego mangowego wydawnictwa Taiga, Jolanta Arendarska z również świeżych Publikacji Kreatywnych, Łukasz Kowalczuk ze SmallPress (przy okazji polecam jego relację z BFK), Michał Słomka z Centrali, Paweł Timofiejuk, czyli timof i cisi wspólnicy (cisi wspólnicy zapewne krążyli gdzieś w pobliżu), Radosław Bolałek – Wydawnictwo Hanami oraz Jacek Jastrzębski z (już-jestem-pewien-dzięki-za-korektę) Wydawnictwa ATY. Spotkanie przebiegało w bardzo sympatycznej atmosferze. Początkowo mówiono o planach wydawniczych, których oczywiście również nie spamiętałem, więc odsyłam na strony internetowe – linki są powyżej. Na witrynie Hanami w zapowiedziach co prawda pusto, ale to akurat zapamiętałem – przymierzają się do dwóch tytułów, ale ze względu na cykl wydawniczy japońskich wersji (pojedyncze numery, później zbiorczo w twardej oprawie i zdaje się dopiero wtedy można z nimi coś konkretniej ustalać) nie podano więcej informacji. Potem przyszła pora na pytania, ale tym razem dla odmiany to goście rzucali po jednym temacie, a reszta kolejno odpowiadała. Było o tym co demotywuje i motywuje do pracy, o ostatnio przeczytanych komiksach konkurencji, o komiksie dla dzieci, o komiksach w wersji cyfrowej oraz wg jakiego kryterium dobierasz co wydać. Pewnie kilka poruszanych kwestii pominąłem, ale jak było widać już we wcześniejszej części relacji, niczego nie notowałem. Generalnie wydawcy potwierdzili to, co każdorazowo widzę zaglądając na pierwsze lepsze forum komiksowe – rynek w Polsce jako tako się trzyma, są problemy żeby szerzej wypromować to medium – nie tylko moim zdaniem widok dorosłego człowieka z komiksem spotka się z politowaniem otoczenia. W najlepszym przypadku. Czytelnicy wciąż od czasu do czasu narzekają, że nie wydaje się tego czy tamtego. Chciałbym zaznaczyć, że nie jestem jednym z nich. Jeśli już coś kupuję, to jest to w większości mainstream – na resztę brakuje funduszy. Do tego dochodzi brak czasu (mam kilka takich półkowników, że aż strach wymieniać). Wspomnę jeszcze o komiksie w wersji cyfrowej. Na dobrą sprawę tylko Paweł Timofiejuk sprawiał wrażenie, że trzyma rękę na pulsie i przynajmniej rozważa opcje. Reszta prezentowała dużą dozę rezerwy. Jest to szansa na dotarcie z komiksem do „ludzi z ulicy” i kolejna forma promocji. Nie mówiąc o tym, że pewnie niektórzy fani papieru i tak by się skusili. Co prawda wygląda na to, że Comic Melon umarł śmiercią naturalną, a sprzedaż w innych miejscach nie nastawia optymistycznie, ale sądzę, że nie należy o tym temacie zapominać. Może potrzeba czasu, może zbiegu okoliczności albo odpowiedniego układu planet.

Przyszła kolej na Davida Lloyda.
BFK_2013_06 Najpierw zaprezentował Aces Weekly – swój cyfrowy magazyn komiksowy, w którym skupia twórców o przeróżnych stylach i w którym jest duży przekrój tematów – od poważnych, przez humorystyczne, po kuriozalne (Santa Claus vs Nazis przoduje). Swoją drogą brytyjscy artyści chyba lubią pić alkohol podczas swoich występów i spotkań z fanami, bo to już drugi przypadek, z którym się spotkałem – Lloyd bez krępacji sączył wino, również podczas późniejszego rozdawania autografów. Później Łukasz Kowalczuk przeprowadził wywiad z rysownikiem. Odnosząc się do wspomnianej wyżej relacji potwierdzam, że wyszło OK. Bardzo dobrze, że zostały przedstawione inne jego prace – byłem świadomy, że takie istnieją, ale nigdy nie zadałem sobie trudu żeby popatrzeć w biografię autora. Kilkukrotne poruszanie tematów polityki, której osobiście staram się unikać, mi nie przeszkadzało. Za bardzo.
BFK_2013_07 Tłumaczka kilka razy nie podołała, trochę jej umknęło, ale tragicznie nie było, starała się. Następnym razem będzie lepiej. BTW szkoda, że na każdym konwencie/festiwalu panele odbywają się równolegle i uczestnicy nierzadko stają przed trudnym wyborem. Podobnie było tutaj – Lloyd wygrał u mnie z prezentacjami odbywającymi się w małej sali.

Po dwugodzinnym spotkaniu zszedłem odwiedzić giełdę komiksową.
BFK_2013_08BFK_2013_09

Batman, Spirit i nieśmiała Rogue.

Batman, Spirit i nieśmiała Rogue.

Upolowałem autografy i szkice Davida Lloyda dla siebie i kumpla, kupiłem Volume 1 Aces Weekly i razem z towarzyszką (dzięki, że wytrzymałaś!) udaliśmy się do domu. Żałuję, że nie mogłem być w niedzielę – co najmniej dwa panele mnie interesowały.

Tak jak pisałem była to dla mnie pierwsza impreza tego typu. Wrażenia mam bardzo pozytywne i postaram się być za rok.

[edit] Podziękowania dla Jacka Jastrzębskiego za wytknięcie pomyłek w nazwisku Łukasza Kowalczuka (przepraszam!) oraz uzupełnienie informacji. [/edit]