[Giveaway] Shadow Warrior

Podczas weekendowego konkursu na Twitterze wygrałem kod do Shadow Warriora na gog.com. W związku z tym, że złożyłem już pre-order na Steamie, jedna z pierwszych sześciu osób, które zostawią komentarz (oczywiście nie będący spamem) pod tym wpisem, dostanie ów kod. Pewnie piszę w próżnię, ale kto wie – może ktoś się ujawni.

Update: Kod poszedł do Azraiila. Miłego grania!

Riddick

„From the very very beginning, when everyone thought it was crazy, I was thinking of The Chronicles of Riddick as a trilogy. That would start with the movie you saw, and Pitch Black would act as a prequel that introduced you to the character. So in simple terms, in Chronicles 2 we venture to the Underverse. We knew we could get away with a PG-13 on the first one, but once you go to the Underverse it’s rated R, because it’s a place where war is the norm and there is constant, constant battling. Then on Chronicles 3 we will see Riddick return to Furia, to deal with the homeland.” Ech, gdyby było tak pięknie… riddick „Chronicles” zaliczyło wtopę w box office i nikt nie był na tyle szalony żeby wyłożyć kasę na kolejne części. Oprócz Vina Diesla, który podobno zastawił własny dom żeby dopiąć budżet „Riddicka”. Problem w tym, że z powyższym cytatem zgadza się tylko kategoria R. Scenarzysta wziął początek z drugiego filmu (dodając co nieco dla niepoznaki) po czym dokleił „Pitch Black” i voila. Drętwe one linery, które wywołują uśmiech zażenowania, brak logiki w poczynaniach zarówno najemników jak i głównego bohatera (jeśli nawet ja na to zwróciłem uwagę, to naprawdę jest źle) i Katee Sackhoff wpadająca w parodię grając przerysowaną Starbuck z „Battlestar Galactica”. Cały film również przypomina parodię samego siebie. Wciąż zadaję sobie pytanie po co to kręcili i nie mogę znaleźć odpowiedzi. Rozumiem, że po dziewięciu latach i bez zaplecza finansowego nakręcenie kontynuacji z rozmachem nie jest możliwe i wypadałoby najpierw przypomnieć o postaci oraz wybadać grunt. Tylko dlaczego tak wtórnie? Wystarczyłby lepszy pomysł i nie byłoby takiego zawodu. Szkoda, bo bardzo postać Riddicka lubię. Obojętnie czy to w niskobudżetowym wydaniu „Pitch Black” czy w klimacie space opery z „Chronicles”.

Plusów nie ma zbyt wiele. Od strony technicznej jest solidnie. Film trwa prawie dwie godziny, ale zleciało mi szybko, więc nie przynudza. No i jest jedna fajna scena, która przypomina jedną z cech, za którą tytułową postać lubimy. Oczywiście była w trailerze (tym red band), więc trochę żałuję, że poszedłem do kina. 4/10

Margin Call (Chciwość)

Jeden z tych kameralnych filmów ze śmiesznie niskim budżetem (jak na warunki Hollywood), w którym świetni aktorzy grają po znajomości albo żeby dla odmiany pokazać się w ambitniejszej produkcji. Albo z zupełnie innych przyczyn, a ja próbuję tylko zgrywać kogoś, kto wie dlaczego dany aktor zaangażował się akurat w ten, a nie inny projekt. margin_call Nominacja do Oskara za scenariusz oryginalny była w pełni zasłużona. Historia wciąga, dialogi są świetne, monologi genialne i nie przypominam sobie żeby jakaś scena była zbędna. Film porusza tematykę o której wiem dokładnie nic, ale robi to w sposób jaki lubię – parę skomplikowanych pojęć jest rzuconych, lecz bardziej wybija się kilka ogólnych refleksji o rynku kapitałowym oraz postawieni w bardzo trudnej sytuacji ludzie, którzy muszą zdecydować czy postąpić zgodnie z sumieniem, czy też w celu utrzymania firmy na powierzchni wcisnąć kit i jak najszybciej pozbyć się „trefnego” towaru. Oczywiście to typowa sytuacja bez wyjścia, ważą się losy przedsiębiorstwa, ale też kariery pracowników i ich, nie tylko zawodowa, przyszłość. Prowokuje to do potenjcalnie niekończącej się dyskusji o tym, czy postacie postępują jak należy.

Podczas seansu można odnieść wrażenie, że film broni ludzi, których działania bezpośrednio przyczyniły się do kryzysu. Aktorzy skutecznie to potęgują – ich postacie w większości wzbudzają sympatię. Dodatkowo Paul Bettany wygłasza tyradę na temat konsumpcjonizmu i życia ponad stan „normalnych ludzi”, która jest tak prawdziwa, że aż boli (pierwszy z genialnych monologów). Z jednej strony mamy więc sprowadzenie problemu do zaspokajania popytu i sprzedaży „za taką cenę, jaką klienci są skłonni zapłacić”, a z drugiej manipulacje, kłamstwa i ignorowanie długotrwałych skutków. Konkluzję stanowi wypowiedź Jeremy’ego Ironsa (monolog drugi). Nie chcę więcej spoilerować, bo mam wrażenie, że i tak zdradziłem z fabuły zbyt wiele, więc na tym zakończę. Ostatecznie to widzowi pozostaje trochę kwestii do rozpatrzenia, co jest kolejnym plusem.

Aktorzy są nie do przecenienia. Kevin Spacey jak zwykle pokazuje klasę, a wspomniani Irons i Bettany na przemian podkradają sceny. Podobnie Stanley Tucci, zwłaszcza przypowieścią o moście (monolog trzeci). Pozostali dobrze ich uzupełniają, ale parkiet zdecydowanie należy do tej czwórki. Tempo akcji jest wolne, ale daleko „Margin Call” do nudy i chociażby ze względu na wciąż aktualną tematykę warto ten film obejrzeć. 8/10

Elysium (Elizjum)

Chyba zbyt pozytywnie się nastawiam i zbyt łatwo daję ponieść hype’owi. „Elysium” nie jest filmem złym, ale do „District 9” dużo mu brakuje, a najbardziej oryginalności. Pomimo świetnej strony wizualnej jest to kolejny obraz o walce z bardzo złym systemem, gdzie bogaci odseparowali się od gardzonego pospólstwa, które nadaje się tylko do pracy w fabryce i życiu w biedzie. Ważny temat, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, ale przydałoby się trochę mniej naiwności. Spodziewałem się czegoś ambitniejszego i może to był błąd. Jednak nawet przyjmując konwencję bohatersko-utopijną nie jest rewelacyjnie.
elysium Fabuła nie powala, postacie również. Matta Damon gra gościa, który zaczyna walkę z konieczności, by pod koniec ostatecznie przeobrazić się w szlachetnego bohatera. Jodie Foster wciela się w lodowatą i bezwzględną sukę. Sharlto Copley jest chorym psychicznie, narwanym żołnierzem (aczkolwiek słuchanie jego akcentu jest bardzo ciekawym doświadczeniem – Szkoci się chowają, polecam). Generalnie słabo, ale mimo tych wszystkich klisz nie ogląda się tego filmu źle. Ot, taki solidny rzemieślniczy wyrób nie starający się (za bardzo) udawać czegoś lepszego.

Przejdźmy do zalet. Zdjęcia i scenografia (w sporej części „scenografia”, bo wiadomo ile obecnie używa się efektów wygenerowanych przez komputer) cieszą oko. Brud i ubóstwo na Ziemi mocno kontrastują ze sterylnością Elysium. Dobrze, że film ma kategorię „R” – przemoc i naturalizm nie występują co prawda w zastraszających ilościach, ale gdyby obraz był ugrzeczniony, to wypadłby gorzej. Jak zwykle zwracam uwagę na wszelkiego rodzaju zabawki i sceny walk. W tym temacie też jest zadowalająco. Bronie są efektowne, a pojedynek ubranych z egzoszkielety Damona z Copleyem oglądało się przyjemnie. Nie odczuwałem przeładowania technologią – jest jej tyle, ile powinno być.

Podsumowując – można obejrzeć. Fabuła porywająca nie jest, ale widziałem dużo gorszych. Jest trochę klimatu z „District 9”, tylko że nie zaliczam tego do pozytywów – tak jak pisałem, liczyłem na oryginalny film SF, a nie kolejną kopię czegoś, co dobrze znam. Aktorzy dają radę, szkoda tylko, że mają stereotypowe postacie. Blomkamp swoim długometrażowym debiutem sprzed czterech lat rozpalił mój apetyt, a teraz zaaplikował dość brutalną dietę.

6/10 (muszę sobie dokładnie rozpisać skalę ocen, bo teraz zastanawiam się czy „Kick-Assowi” nie powinienem dać jednej noty wyżej)