FSF #4: Steve Jablonsky – The All Spark (Transformers)


Dzisiaj w klimacie epickim. Cały soundtrack do „Transformers” aż od niego kipi i może powodować efekt, o którym wspominała postać grana przez Woody’ego Allena w „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie” („I can’t listen to that much Wagner, ya know? I start to get the urge to conquer Poland.”). Co do filmów, to pierwszy można obejrzeć, kolejne dwie części radzę odpuścić. Pójście do kina na „Revenge of the Fallen” jest jedną z największych pomyłek jakie popełniłem przy wyborze seansu. W przyszłym roku wychodzi czwarta część, na którą również się nie wybiorę – lepiej powtórzyć sobie „Pacific Rim”.

Dalej będzie dla wtajemniczonych. Soundtrack ten zapamiętam również (a może głównie) z tego względu, że cztery utwory zostały użyte w filmiku z pokonania Lich Kinga w World of Warcraft przez fińską gildię Paragon.

Człowiek z ulicy zobaczy tylko jakieś małe biegające ludziki, dużo efektów graficznych i sporo liczb, ale rajderzy będą wiedzieć o co chodzi. Czekam na ich video z walki z Garroshem, bo moim zdaniem robią najlepsze tego typu klipy. Świetnie dobierają muzykę i z reguły zamieszczają głos bossa, co tylko dodaje klimatu. Poza tym są chyba jedyną gildią ze szczytu, którą lubię i w porywach kibicuję.

Usso taunta Usso taunta Usso taunta!

GSM #4: Krzysztof Wierzynkiewicz, Michał Cielecki, Adam Skorupa – Demonic invasions (Shadow Warrior)


Shadow Warrior czeka cierpliwie w kolejce do zagrania (praca + klucz do bety Hearthstone nie sprzyjają innym zajęciom). Za to soundtrack przesłuchałem dwa razy. Nie jest rewelacyjny, ale kilka utworów jest bardzo dobrych. Dość wyraźnie słychać styl Wierzynkiewicza, który był obecny w Bulletstormie i w co dynamiczniejszych kawałkach ze ścieżki do drugiego Wiedźmina. Nie jest to wada – dobrze się tego słucha, ale jak na mój gust trochę za dużo powtórek. Tutaj można się zapoznać z większą próbką.

FSF #3: Vangelis – Tears in rain (Blade Runner)


Nie ma(m) czegoś takiego jak ulubiony film. Jest tyle doskonałych tytułów, że nie sposób się zdecydować, a jeśli ktoś się upiera, że plotę bzdury, to radzę spędzić trochę więcej czasu w kinie lub przed mniejszym ekranem. Ale :-) Ale gdyby ktoś mnie postawił przed plutonem egzekucyjnym i powiedział „wybieraj albo strzelamy”, to bez większego wahania powiedziałbym „Blade Runner”.

Obraz Ridleya Scotta pierwszy raz obejrzałem w wieku 10-14 lat. Pamiętam, że leciał w piątek na Jedynce w okolicach 22 (ma się tę pamięć do głupot). W programie stało: „Łowca androidów” (nic mi to wtedy nie mówiło), film s-f (tu już lepiej), w obsadzie Harrison Ford (o, to trzeba obejrzeć – BTW dawno już minęły czasy kiedy to nazwisko gwarantowało przynajmniej dobry seans). Była to oczywiście tzw. „wersja producencka” z komentarzem z offu Deckarda, ale kto wtedy wiedział o jakimś director’s cut (a w zasadzie fan’s cut). Później, w liceum, dzięki wynalazkowi pod nazwą DivX, obejrzałem wspomnianą wersję reżyserską, która okazała się jeszcze lepsza. Byłem i każdorazowo jestem urzeczony tym filmem. Ścieżką dźwiękową również.