GSM #17: Dan Wentz – Joshua chapter I (Freespace 2)


W pierwszego Freespace’a grałem o wiele więcej, ale na gogu jest soundtrack tylko do drugiej części. Obydwie gry są znakomite i słusznie zaliczane do klasyki. Fabułę „jedynki” pamiętam już mgliście i nie wiem czy przetrwała próbę czasu, ale jestem pewien, że grywalność nadal jest wybitna. Grafika i dźwięk jak na tamte czasy również stały na najwyższym poziomie. Spora różnorodność misji, nie przesadzenie z ilością elementów tradycyjnego symulatora (dla niektórych może to być wada, ale nie dla mnie – nigdy nie przepadałem za tym gatunkiem), duży wybór statków i uzbrojenia, możliwość wydawania poleceń skrzydłowym (z dobrym AI, a nie będących kompletnymi idiotami), jest nawet swoisty system osiągnięć w postaci medali za sprawność na polu walki. Wszystko to składa się na świetną serię, w którą można z czystym sumieniem zagrać dzisiaj, po kilkunastu latach od premiery.

2014 w kinie (część pierwsza)

Tak jak rok temu robię mały przegląd premier. Na razie jednak ograniczę się do pierwszego półrocza, bo sporo filmów z poprzedniej listy miało przekładane premiery. Druga część będzie pod koniec czerwca kiedy więcej się wyklaruje. Dane za filmwebem i imdb.

Styczeń

  • „The Wolf of Wall Street” – oparta na faktach historia Jordana Belforta. W akcji duet Scorsese i DiCaprio.
  • „Pod Mocnym Aniołem” – na Smarzowskiego zawsze warto pójść.
  • „August: Osage County” – świetna obsada, ale recenzje trochę słabe. Chyba poczekam na DVD.
  • „12 Years a Slave” – nazwisko Steve’a McQueena stało się już tak często wymieniane, że trzeba w końcu zobaczyć jakie kino robi. Jeden z oskarowych faworytów.
  • „Jack Ryan: Shadow Recruit” – po co ten podtytuł? Samo „Jack Ryan” byłoby, cytując, zgrabniejsze. Wygląda bardziej na „Mission: Impossible” niż Bourne’a, więc też nie wiem czy warto oglądać na dużym ekranie.
  • „American Hustle” – kolejny oskarowy pretendent. Zapoznanie się z poprzednimi filmami Davida O. Russella jest w moich planach na ten rok.

Pozostałe: „Nymphomaniac (dwie części), „Saving Mr. Banks”.

Luty

  • „Jack Strong” – Pasikowski robił kiedyś bardzo fajne filmy. Trailer nie wyglądał źle, ale też nie rewelacyjnie i ryzyko wtopy zawsze istnieje.
  • „Her” – można śmiało założyć, że i tym razem Spike Jonze nie zawiedzie.
  • „Inside Llewyn Davis” – bracia Coen nigdy nie potrzebują dodatkowych rekomendacji.
  • „The Monuments Men” – pospieszyłem się trochę kiedy pisałem o tym rok temu. George Clooney za i przed kamerą. Towarzystwo też niczego sobie.

Pozostałe: „RoboCop”, „Pompeii”.

Marzec

  • „Noah” – Darren Aronofsky zrobił film biblijny. Jestem tylko ciekaw ile dodał od siebie, bo ciężko mi uwierzyć, że nie będzie jakiegoś twista albo przynajmniej zaskoczenia.
  • „Captain America: The Winter Soldier” – Pierwszą część komiksu przeczytałem, ale zwiastun nie wskazywał, że film będzie z niego dużo czerpał. Trochę szkoda, bo pierwowzór jest dobry.

Pozostałe: „300: Rise of an Empire”, „Grudge Match”.

Kwiecień

  • „The Amazing Spider-Man 2” – pierwszą część częściowo zbojkotowałem i poczekałem na DVD. Okazało się, że była na tyle dobra, że teraz jestem w kropce. Na niekorzyść przemawia fakt, że ostatni Spider-Man, w którym tytułowy bohater miał trzech wrogów, był bardzo słaby.

Maj

  • „Transcendence” – naukowiec przenosi swój umysł do komputera i sprawia, że Skynet wygląda przy nim na popierdółkę. Po ponownym obejrzeniu trailera stwierdzam jednak, że jest większe prawdopodobieństwo na standardową rozpierduchę zamiast coś ciekawszego.
  • „Godzilla” – jeden z najbardziej znanych kinowych potworów powraca. Jeśli będzie to coś podobnego do „Pacific Rim”, to jestem za.
  • „X-Men: Days of Future Past” – Bryan Singer wraca do mutantów. Jestem nastawiony bardzo pozytywnie – poprzednia część była świetna, nowi aktorzy są bardzo dobrze dobrani, a w połączeniu ze starymi może wyjść mieszanka wybuchowa.

Pozostałe: „Maleficent”.

Czerwiec

  • „How to Train Your Dragon 2” – „jedynka” była super, kto nie widział, niech nadrobi. Po drugiej części też spodziewam się rozrywki najwyższych lotów.

Pozostałe: „Transformers: Age of Extinction”.

Filmowe podsumowanie 2013 roku

Na początek moje top 5:

1. Gravity – drugi dowód, że 3D w kinie ma miejsce bytu, technicznie doskonały i jednocześnie bardzo dobry w warstwie fabularnej i aktorskiej, najlepszy soundtrack roku.
2. Rush – nie samym Thorem Chris Hemsworth żyje, jeden z najlepszych filmów „sportowych” jakie widziałem, obezwładniający ryk silników.
3. Man of Steel – film, który przekonał mnie do Supermana, świetny soundtrack.
4. The Hobbit: The Desolation of Smaug – rewelacyjny smok, zarówno wizualnie jak i dźwiękowo, Mistrz Niuansu Martin Freeman, kolejna wspaniała podróż do Śródziemia.
5. Pacific Rim – najlepsza filmowa rozwałka od lat, Ron Perlman jak zwykle w formie.

Na liście zabrakło „Django Unchained”, bo mimo wszystko to film z 2012 roku. Warto było jeszcze iść na „Drogówkę”, „Star Trek Into Darkness”, trzeciego „Iron Mana” oraz „Wreck-it Ralph” (również produkcja z 2012). Największe rozczarowanie – „Elysium”. Kompletne pomyłki – piąty „Die Hard” i „Riddick”. Tradycyjnie zostało mi więcej do nadrobienia niż zdołałem obejrzeć – w zasadzie wszystkie zeszłoroczne oskarowe pozycje – „Lincoln”, „Silver Linings Playbook” czy „Zero Dark Thirty”. Widać ciężko mi się zmobilizować na kino wyższych lotów i karmię się głównie komerchą. Postaram się to nieco poprawić w tym roku. Tak samo jak frekwencję na polskich filmach, bo na naszym podwórku było ciekawie, a ostatecznie widziałem tylko Smarzowskiego.

Jeśli chodzi o telewizję, to najważniejszym wydarzeniem były bez wątpienia ostatnie odcinki „Breaking Bad”. Serial absolutnie wybitny, jeden z tych, które trzeba obejrzeć nim się umrze.

Kolejny sezon „Gry o tron” ponownie przyniósł masę znakomitego fantasy.

Premierę mieli „Agents of S.H.I.E.L.D.” i są niestety rozczarowaniem. Niektóre momenty dawały nadzieję, ale ogólnie wypada to słabo. Oglądam siłą rozpędu, widoków na poprawę brak. Z kolei jednym z największych zaskoczeń jest drugi sezon „Arrowa”. Wyraźnie zmniejszyli ilość dramy rodem z produkcji dla nastolatek (dla porównania „Agents of…” robią to jeszcze gorzej niż S1 Zielonego Kapturka) i poszli w akcję. Oraz smaczki. Bardzo, bardzo dużo smaczków. Koronnym przykładem są dwa odcinki przed świąteczną przerwą, gdzie pojawia się obiecywany Barry Allen aka Flash. Plotka głosi, że mamy zobaczyć jeszcze Question – postać, która pierwotnie miała być w „Watchmen” Alana Moore’a, ale DC zażyczyło sobie nowych bohaterów i ostatecznie na jego wzór został stworzony Rorschach. Co prawda nadal są momenty wywołujące zgrzytanie zębów, ale jeśli w takim tempie będzie się rozwijał, to nie mogę się doczekać trzeciego sezonu, a o czwartym boję się myśleć.

Dzisiaj skończyłem oglądać pierwszy sezon „Vikings”. Wypada bardzo dobrze, trochę historii wymieszanej z legendami. Główną rolę gra tam Travis Fimmel, który będzie występował w „Warcrafcie”. Możemy być spokojni – daje radę i pasuje do klimatu jak ulał.

Ogólnie imponujący rok, bardzo dużo pozytywnych doznań w kinie jak i na małym ekranie. Z lekką obawą patrzę na tegoroczne premiery, bo jest chyba tego jeszcze więcej. Marvel będzie w totalnej ofensywie – Kapitan Ameryka, Spider-Man, X-Men, Guardians of the Galaxy, nowe filmy braci Coen, Spike’a Jonze’a i Smarzowskiego, ciekawie zapowiadające się „Transcendence”, nowy Nolan, kolejni „Expendables”, drugie „Sin City”, a na koniec roku ostatni „Hobbit”. W telewizji wygląda to spokojniej, ale z drugiej strony specjalnie jej nie śledzę i zwykle zaczynam oglądać seriale kiedy leci już trzeci sezon albo jeszcze później. Do pozycji obowiązkowych na pewno zaliczam trzecią serię „Sherlocka”, drugą „Vikings” i oczywiście „Grę o tron”. Może uda się wcisnąć jakieś nadrabianie zaległości. Po głowie chodzą mi „Mad Men”, „Dr Who”, „Sons of Anarchy”, „Spartakus”, „Supernatural”… Tiaaa, będę miał co robić jak widać.

FSF #16: Urge Overkill – Girl, you’ll be a woman soon (Pulp Fiction)


Sporym grzechem było to, że do tej pory nie pojawił się żaden utwór ze ścieżki dźwiękowej do któregokolwiek filmu Quentina Tarantino. Wg wikipedii reżyser natknął się na ten świetny cover piosenki Neila Diamonda w holenderskim (robił rozeznanie po hashbarach? ;-)) sklepie i tak mu się spodobał, że wykorzystał go w jednej ze scen „Pulp Fiction”. Chyba na każdym soundtracku do obrazów Amerykanina znajdowałem takie perełki – wykonawca, o którym słyszę pierwszy raz w życiu, w utworze, który z miejsca wpada w ucho i nuci się go przez kilka kolejnych dni.