FSF #22: Basil Poledouris – Rock shop (RoboCop)


Zaprawdę rację miałe Kage w komentarzu pod tym wpisem – „RoboCop” w ogóle się nie zestarzał. Nadal jest to świetna satyra na korporacje, media oraz to, co jest najskuteczniejszym narzędziem sprzedaży: przemoc i seks. No, z przemocą się rozpędziłem, bo Verhoeven nigdy nie stronił od krwawych strzelanin. Tym bardziej, że pierwszy raz dane mi było obejrzeć wersję nieocenzurowaną. Niby tylko dodatkowa minuta, ale doskonale zapamiętałem w których miejscach było mniej odstrzeliwanych kończyn itp. Efekty specjalne oczywiście się zestarzały (jednak nie dramatycznie), ale kostium, w którym śmigał Peter Weller nadal wygląda więcej niż solidnie. Świetne kino sensacyjne, w dodatku niegłupie i jeszcze bardziej aktualne dzisiaj niż ponad ćwierć wieku temu.

No i oczywiście mistrzowski soundtrack, którego w pełni doceniłem dopiero teraz.

Pierwszy gameplay z Lords of the Fallen


Wygląda to bardzo dobrze. Co prawda jak na grę, której trudność jest nieśmiało (ale jednak) porównywana do Dark Souls, walka wygląda trywialnie (oprócz walki z bossem, która była już trudniejsza). W takim Wiedźminie 2 gościa z tarczą nie można było po prostu nawalać na ślepo od frontu. Zakładam, że postać była już dopakowana, a poziom trudności ustawiony na niższy dla dobra prezentacji. Mechaniki potyczek zapowiadają się fajnie, graficznie jest świetnie. Czekam na pokaz z rozwojem postaci oraz przykładem eksploracji, która wg zapowiedzi też ma być ważna.

Co dalej z Game Soundtrack Monday?

GSM zmienia się w nieregularnik. Zwyczajnie skończyły mi się soundtracki i/lub gry o których mam coś do powiedzenia. Mógłbym wrzucić jeszcze co najmniej kilka utworów z WoWa, obydwu Wiedźminów i 8-bitowych plumkań, ale nie ma to większego sensu – cykl ten nie ma służyć zamieszczaniu całych ścieżek dźwiękowych, tylko od jednego do trzech moich ulubionych albo reprezentatywnych kawałków z danego tytułu. Co prawda zarówno Warcraft jak i Witcher mają trochę więcej niż trzy, ale wtedy z kolei byłoby zbyt monotematycznie. Z atarowymi piskami też nie chcę przesadzać, ale one na pewno tu jeszcze wrócą. Na chwilę obecną przewiduję, że kolejny odcinek pojawi się za tydzień albo dwa. Później od czasu do czasu, w zależności czy będę w stanie zagrać w coś nowego (albo raczej starego). Po raz kolejny też przypominam, że jestem otwarty na propozycje.

FSF jest niezagrożony. Mogą być sporadyczne obsuwy, ale akurat ta studnia pozostanie głęboka jeszcze bardzo długo.

FSF #21: Trevor Jones – Promentory (The Last of the Mohicans)


Zachodzę w głowę dlaczego utwór ten nosi tytuł „Promentory” – słowo takie zdaje się nie istnieć w języku angielskim. Chyba, że to jakiś neologizm albo po prostu literówka, która wdarła się gdzieś po drodze i tak już zostało. Mała rzecz, a drażni.

Zostawiając lingwistykę na boku. Gdyby każda historia miłosna była opowiadana tak, jak w „Ostatnim Mohikaninie”, to mógłbym oglądać takie filmy na okrągło. Ostatnie sceny (z powyższym utworem w tle) za każdym razem chwytają mocno za serducho. Może już kiedyś wspominałem, ale Michael Mann jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Jednocześnie trochę go zaniedbuję, bo nie widziałem „Aliego” i „Public enemies”, a ze starszych „Manhuntera” oraz „Thiefa”. W 2015 reżyser wraca wreszcie na duży ekran z kolejnym dramatem sensacyjnym, którego tematem przewodnim będzie hacking. Mam nadzieję, że jak zwykle podejdzie do zagadnienia szczegółowo. Przy okazji okazuje się, że Chris Hemsworth jest obecnie jednym z najbardziej zapracowanych aktorów w Hollywood – cztery filmy w 2012, trzy w ubiegłym i kolejne cztery w przyszłym.

Oprócz świetnych filmów Michael Mann robi reklamy takiej samej jakości:

GSM #21: Michał Cielecki, Krzysztof Wierzynkiewicz – Too many to kill them all (Bulletstorm)


„Bulletstorm” to woda na młyn dla wszystkich fanatycznych wrogów gier komputerowych – tytuł, w którym chodzi głównie o to, by jak najefektowniej zabijać przeciwników. Im większa jatka, tym więcej zdobywamy punktów. Kopnąć wroga, który nadzieje się na kaktusa lub zostanie pożarty przez zmutowaną, mięsożerną roślinę, złapać energetyczną smyczą i rzucić na kolczaste ogrodzenie, okręcić dwoma granatami połączonymi łańcuchem, po czym wepchnąć nieszczęśnika w skupisko jego kumpli i zdetonować. Przykłady można mnożyć. Nie muszę chyba dodawać, że to tylko rozrywka (dla dorosłych), a przemoc jest tak samo przerysowana jak chociażby w „Kill Billu”. Całość dopełnia klnący gorzej niż szewc główny bohater, którego fizjonomia jest aż zbyt nachalnie wzorowana na Wolverinie.

Gra polskiego studia People Can Fly (obecnie przemianowanego na Epic Games Poland) była powiewem świeżości w FPSach. Co prawda nie w multiplayerze, którego niedostatki były bodaj główną przyczyną słabej sprzedaży w stosunku do oczekiwań (jednego milion egzemplarzy wprowadzi w ekstazę, drugiego w depresję). Osobiście gry wieloosobowej nie tknąłem, ale z singla miałem mnóstwo zabawy. Sama pomysłowość i oryginalność broni wywołuje szeroki uśmiech – wspomniana energetyczna smycz, którą można robić cuda i granatnik wystrzeliwujący dwa pociski złączone łańcuchem, czy czterolufowy shotgun lub snajperka ze sterowalnymi nabojami. Arsenał ten w połączeniu z często śmiercionośnym otoczeniem stanowi mieszankę wybuchową.

Bardzo satysfakcjonująca rozgrywka, którą trzeba brać z przymrużeniem oka, kłóci się miejscami z nazbyt poważną fabułą. Tak jakby nie podjęto jednoznacznej decyzji w którą stronę pójść. Z czasem też eksterminacja kolejnych zastępów przeciwników staje się mimo wszystko trochę powtarzalna. Ale tylko trochę. Na tym można zakończyć wymienianie wad (przynajmniej kampanii dla pojedynczego gracza). Niedoceniony przez graczy tytuł, z którym warto się zapoznać.