GSM #22: Derek Duke – Reaper of Souls (Diablo III: Reaper of Souls)


Soundtrack z „podstawki” średnio mi się podobał. Żaden z utworów nie zapadł mi też w pamięć. Jeśli chodzi o całokształt, „Reaper of Souls” prezentuje się nieco lepiej. Nie jest co prawda rewelacyjnie, ale przynajmniej dwa kawałki bardzo mi się podobają – powyższy z intra oraz „Chains of fate”. Muszę też dodać, że w trakcie rozgrywki niektóre nagrania sporo zyskują. Na przykład taki „Urzael” zrobił na mnie duże wrażenie, ale słuchany osobno okazał się rozczarowaniem (aczkolwiek pierwszych 30 sekund mogę słuchać na okrągło). Szkoda trochę zmarnowanego potencjału.

O moich wrażeniach z patcha 2.0 już pisałem, więc dodam tylko kilka słów. Walka z Malthaelem na totalnym luziku przebija walkę z Diablo. Fajniejsza mechanika, tak samo jak aspekty graficzne. Na razie co prawda położyłem go raz, więc pewnie mi się znudzi za jakiś czas, ale faktem pozostaje, że miałem dużo większą frajdę. Leveling przyjemniejszy – więcej dodatkowych podziemi/domów/pomieszczeń z krótkimi zadaniami, dodatkowym doświadczeniem i szansami na loot. Obecnie na tapecie mam Adventure mode i Nephalem Rifts, i też jest zacnie. Okazało się, że można – Diablo III wróciło do łask na dobre.

FSF #28: Alabama 3 – Woke up this morning (The Sopranos)


Bez „Sopranos”, „Band of Brothers”, „24” czy „Losta” nie mielibyśmy w ostatnich latach takiego urodzaju w telewizji. Patrząc tylko po datach premier (dokładnej historii nie znam i nie będę nawet udawał, że jest inaczej) serial o mafijnej rodzinie przetarł pierwsze szlaki. Później poszło już z górki i obecnie można przebierać w tytułach do woli albo nadrabiać zaległości. Oczywiście warto się zapoznać z Tonym Soprano i resztą bohaterów nie tylko ze względu na zasługi. Produkcja HBO trzyma bardzo wysoki poziom przez wszystkie sezony. Końcówka ma co prawda małe problemy, ale nie takie jak chociażby „Lost”, którego finał był rozczarowaniem. Do „The Wire” czy „Breaking Bad” jednak sporo zabrakło.

FSF #23 – #27

FSF #23: Clannad – Lady Marian (Robin of Sherwood)

Nie od dziś wiadomo, że Brytyjczycy potrafią robić świetną telewizję. Obecnie na fali są „Doctor Who”, „Downton Abbey” oraz „Sherlock”, ale już w 1984 również powstała perełka pod tytułem „Robin of Sherwood”. Serial ten święcił kiedyś triumfy w Polsce, ja pamiętałem go mgliście kiedy był powtarzany (bo premierę w TVP miał raczej wcześniej) na początku lat 90-tych. W związku z tym jakieś dwa lata temu postanowiłem nadrobić tę zaległość i obejrzałem wszystkie odcinki oraz dodatki na DVD. „Robina” nadal ogląda się dobrze. Solidny scenariusz, porządni aktorzy i oczywiście świetna muzyka Clannad. Całości dopełnia mistycyzm wprowadzony do tej legendy po raz pierwszy. Dodatki polecam jeszcze bardziej – świetnie się słucha opowieści Richarda Carpentera – ojca projektu, a aktorzy niewiele mu ustępują. Zresztą cała obsada pozostaje ze sobą w dość bliskim kontakcie po dziś dzień, co samo w sobie jest interesujące.

Po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków można również się przekonać jak wielką kalką był „Robin Hood: Książę Złodziei” z Kevinem Costnerem. Żywcem wzięte pomysły (Saracen), charaktery postaci (Alan Rickman tak samo przerysowany jak zrobił to wcześniej Nickolas Grace) i całe sceny (walka w rzece Robina z Małym Johnem).

FSF #24: Adam Clayton & Larry Mullen Jr. – Mission: Impossible theme (Mission: Impossible)

„This message will self-destruct in five seconds.”

Za oryginalny motyw Lalo Schifrina (który też jest świetny, radzę „wyyoutubować”) wzięła się połowa składu U2, co wydatnie przyczyniło się do uczynienia z tej melodii jednego z najbardziej rozpoznawalnych filmowych tematów. Nuff said.

FSF #25: Philip Glass – Pruit igoe and Prophecies (Watchmen)

„They claim their labors are to build a heaven, yet their heaven is populated by horrors. Perhaps the world is not made. Perhaps nothing is made. A clock without a craftsman. It’s too late. Always has been, always will be. Too late.”

Utwory te pierwszy raz zostały użyte w „Koyaanisqatsi”, ale „podpinam” pod nie „Strażników”, bo obraz Godfreya Reggio oglądałem dawno temu i raczej nie zamierzam go sobie powtarzać. Bardziej traktuję takie projekty jako ciekawostkę na jeden seans. „Watchmen” są mi o wiele bardziej bliżsi – jedna z najlepszych adaptacji jednego z najlepszych (jeśli nie najlepszego) komiksu w historii. W takim układzie nie pozostało mi zbyt duże pole manewru. Cytat powyżej jest z Dr. Manhattana, którego historia w filmie zilustrowana jest właśnie muzyką Glassa i moim skromnym zdaniem pasuje ona jak ulał.

FSF #26: Henry Jackman – First class (X-Men: First Class)

Za kilka dni, premierą drugiego „Kapitana Ameryka”, rozpocznie się sezon superhero. Wczuwanie w epicki klimat można zacząć od soundtracku z ostatnich X-Men. Albo po raz kolejny obejrzeć wideo Paragonu z walki z Garroshem, dzięki któremu powyższy utwór bardziej kojarzy mi się z WoWem, niż z samym filmem o mutantach.

FSF #27: John Powell – Main titles (The Bourne Identity)

Na koniec moim zdaniem nieco niedoceniona ścieżka z trylogii Bourne’a. Wszyscy świetnie kojarzą „Extreme ways” Moby’ego, a soundtrack „właściwy” jest trochę na uboczu. Tymczasem motyw przewodni jest świetny i doskonale sprawdza się w podtrzymywaniu napięcia. Reszta utworów wcale mu nie ustępuje.

Wiedźmin 3: Dziki Gon – luty 2015

Źródło.

CDPRed oficjalnie podał przybliżoną datę premiery trzeciego Wiedźmina. Dowiedzieliśmy się też, że pierwotnie planowanym okresem wydania była końcówka 2014, czyli przesunięcie jest rzędu 3-4 miesięcy. Z jednej strony zbyt wiele mi to nie robi, ale z drugiej – to aż (lub tylko) rok. Oświadczenie to nie rozwiało wszystkich gdybań i domysłów, ale na pewno będę dzięki niemu dużo mniej niecierpliwy.

Ktoś powie nad czym tu gdybać – wszystko jest czarno na białym. Owszem, mój wewnętrzny optymista cieszy się, że twórcy nie celują w jak najszybsze wydanie oraz zainkasowanie pieniędzy, ale chcą dopracować grę do granic możliwości. Ostatni akt drugiej części (przed wersją rozszerzoną) jest koronnym dowodem na to, co widmo zbliżającej się premiery może zrobić z ambitnego projektu – nadal jest bardzo dobrze, ale czegoś brakuje. Cieszy również to, że Redzi są w takim miejscu, że mogą w ogóle na coś takiego sobie pozwolić – chyba na palcach jednej ręki można policzyć firmy z branży, które wydają tytuły „kiedy są gotowe”.

Do głosu doszedł jednak pesymista – a co jeśli to zasłona dymna i potrzebny jest dodatkowy czas nie na testy i optymalizację, tylko na naprawienie czegoś, co poszło nie tak i opóźnienie projektu jest niezbędne? Zapowiadana skala jest ogromna – 50-cio godzinny wątek główny, drugie tyle na zadania poboczne plus nie wiadomo ile czasu pochłoną zabawy z otwartym światem. Zrozumiałe, że wymaga to ogromu pracy, testowania itd. Istnieje też mnóstwo problemów, z którymi trzeba się uporać i niewykluczone (a w zasadzie pewne), że coś niespodziewanego pojawiło lub pojawi się na drodze. Co jeśli tego czasu nie starczy i dojdzie do kolejnej obsuwy albo wydania gry pełnej bugów? Nie takie rzeczy już widzieliśmy.

Jest jeszcze jedna konsekwencja. Hype. Ogromny, niewyobrażalny hype. Jeszcze nie wszędzie obecny – na razie wśród zapaleńców i co większych fanów gatunku. Po pierwszym, oficjalnym pokazie gameplaya na pewno się zwiększy, a przesunięcie daty premiery w celu dopracowania sprawi, że ludzie będą oczekiwać ósmego cudu świata. Sam nie jestem bez winy i oczekuję czegoś naprawdę niezwykłego, ale jak zawsze będę się starał podejść do tematu tak spokojnie, jak tylko się da. To nie tylko grzech polskiego developera, że anonsuje grę i pokazuje pierwsze materiały rok albo i dwa przed premierą. Taka strategia jest spowodowana zapewne pieniędzmi i osobiście mi się nie podoba. Zapowiedzenie prac nad grą i nie obiecywanie niczego/nie podawanie daty premiery tylko praca w spokoju lub zapowiedzenie tytułu i uruchomienie machiny marketingowej powiedzmy pół roku przed premierą to dwa wyjścia z których byłbym zadowolony. Niestety na żadne z nich nie ma większych szans.

Mimo wszystko jestem spokojniejszy i nie będę odtąd czekał na jakiekolwiek nowe informacje obgryzając paznokcie. Lekkie zaniepokojenie się pojawiło, ale wierzę w CD Projekt i jestem pewien, że odwalą kawał dobrej roboty. Powyższe pesymistyczne gdybania są bardziej wyrazem troski oddanego fana niż obawami podbudowanymi solidnymi argumentami. Gdzieś przecież trzeba te emocje wypuścić. :-)

Na koniec – Cyberpunk. Wątpię, że w zaistniałej sytuacji ukaże się w 2015 roku. Tutaj akurat nie mam na razie żadnych obaw czy oczekiwań. Jestem pewien, że zespół ma pracy po łokcie i wykonuje ją w zupełnej ciszy i spokoju. I niech tak zostanie jak najdłużej.

Apdejt #1

Trzy zaległe FSF wcześniej czy później na pewno się ukażą. Przez luty byłem kolejno: zalatany, trochę wybrakowany czasowo, a następnie pozbawiony chęci pisania czegokolwiek z różnych przyczyn. Aczkolwiek przez cały ten okres obejrzałem sporo filmów oraz dokończyłem jedną książkę i zbliżam się do końca drugiej. Ostatnie dni z kolei to renesans Diablo III, o czym będzie za chwilę.

Gry

Naszej WoWowej gildii udało się położyć Garrosha (dla mnie po raz pierwszy) oraz liznąć trochę heroic mode’ów, jedna próba zakończyła się sukcesem. Ogólnie Siege of Orgrimmar to bardzo udany rajd – wszystkie kluczowe cechy spełniły moje wymagania. Granie tam sprawiało mi przyjemność przez większość czasu i o to chodzi. Nadal brakuje mi trochę więcej fabuły/questów powiązanych z największymi instancjami. Biorąc jednak pod uwagę przeszłe i obecne doświadczenia, a także zapowiedzi oraz wypowiedzi Blizzarda, nie należy mieć wygórowanych wymagań w tym względzie. Trzeba czekać na Wiedźminy i inne RPGi, żeby zaspokoić apetyt na wciągające i dobrze napisane historie.

We wtorek 25 lutego premierę miało w końcu Diablo III. Bo nikt mi nie wmówi, że odbyła się ona ponad półtora roku temu. To była ledwie beta, która po 3-4 miesiącach okazała się grą w farmienie golda. Teraz, wraz z Lootem i Paragonem 2.0, wreszcie jest to diament, jakim powinien był być od początku. Nareszcie wypadają sensowne przedmioty, *nareszcie* mogę z czasem zwiększać sobie poziom trudności – tuż po patchu słusznie wybrałem Expert (mój dps był żałosny), a obecnie biegam na Torment II. Wróciło to uczucie „jeszcze jednego checkpointa/questa, bo a nuż coś fajnego wypadnie”. Paragon 2.0 też bardzo mi się podoba – nie masz szczęścia do itemów z crit/LoH/czymkolwiek? Zresetuj punkty w drzewku i włóż w to, czego potrzebujesz. Zwiększenie pola manewru co do buildów – mów mi tak jeszcze. No niesamowite jak spieprzyli tę grę wcześniej i jeszcze raz ogromny szacunek, że przyznali się do błędu i właściwie już naprawili szkody. Wyczekuję dodatku (który przyniesie kilka kolejnych fajnych rzeczy) z niecierpliwością.

Filmy i seriale

„Pod Mocnym Aniołem” – solidny Smarzowski. Nie tak dobry jak w „Domu złym” czy „Drogówce”, ale nadal sporo powyżej przeciętnej. Jego stali aktorzy w kolejnych bardzo dobrych rolach.
„12 years a slave” – świetne zdjęcia i aktorstwo, mocny, przejmujący. Osobiście przez większość czasu szukam czegoś innego w kinie, ale nie zmienia to faktu, że takie filmy są potrzebne i warto na nie chodzić.
„American Hustle” – najbardziej przereklamowany film jaki oglądałem od nie pamiętam kiedy. Fajnie przedstawiony klimat lat 70., świetny dobór piosenek i wspaniały epizod Roberta de Niro. Jeśli o niczym nie zapomniałem, to na tym koniec. Chyba w trivia na imdb wyczytałem, że David O. Russell „is all about characters”. Bitch, please. Improwizowane sceny doprowadziły do tego, że scenariusz przypomina arbuza rozstrzelonego obrzynem po ścianie. Zero wiarygodności, jakieś cyrki wyprawiane przez Bradleya Coopera. Jedno wielkie WTF.
„Her” – cudo. Chciałbym w tym miejscu napisać kilka zdań z cyklu „Opowieści z sali kinowej”. Przede mną siedziały cztery kobiety, od których strony przez cały seans co jakiś czas dobiegał śmiech zażenowania. Kiedy zapaliły się światła widać było, że ledwo wysiedziały do końca i generalnie nie były zadowolone. Za mną siedziała para. Przez jakieś ostatnie 20 minut ona szlochała non-stop i jeszcze na napisach końcowych towarzysz nie mógł jej uspokoić. Magia kina… Oraz różne wrażliwości i interpretacje ;-) Na dzień dzisiejszy dzieło Jonze’a jest dla mnie filmem roku.
„Jack Strong” – polskie kino rządzi. „Tożsamość Bourne’a” to to nie jest, ale absolutnie nie mamy się czego wstydzić i naprawdę niewiele brakuje do światowego poziomu (jeśli w ogóle).
„This is the End” – Seth Rogen i spółka w kolejnej nerdowskiej komedii. Śmiesznie, ale bez rewelacji.
„The World’s End” – Trio Wright-Pegg-Frost po raz kolejny okazało się gwarantem śmiesznego i niegłupiego kina. Oprócz swoich regularnych znaków firmowych tym razem całość polali sporą ilością sentymentalnego sosu. Wyszło pysznie.
„Marvel One-Shot: All Hail the King” – nie chcę spoilerować, więc napiszę tylko, że końcowy twist jest tak samo genialny jak Ben Kingsley w swojej roli.
„Philomena” – pod paroma względami podobny do „12 years a slave” – też poruszająca prawdziwa historia, ale bardziej intymna. Znakomita Judi Dench.
Udało mi się też obejrzeć „Gravity” na dużym ekranie i w 3D po raz drugi. Nie stwierdziłem zmniejszenia siły oddziaływania na mnie tego obrazu. Bardzo mnie również ucieszył Oscar dla Price’a za ścieżkę dźwiękową.

Po słabych recenzjach odpuściłem „Monuments Men”, waham się z pójściem na „Inside Llewyn Davis”.

Seriale. Jack is back! W maju nowe wcielenie „24”, więc tak na chybił trafił zapuściłem sobie pewnego dnia 11-ty odcinek drugiego sezonu. Poszło z górki, obecnie jestem na 8-mym trzeciego i nie przestanę dopóki mój organizm nie zacznie wołać „dość!”. Zaczął się też drugi sezon „Vikings”, ale skłaniam się ku poczekaniu na całość żeby nie cierpieć tydzień w oczekiwaniu na nowy epizod.

Komiks

A właściwie książka o komiksie. „Niezwykła historia Marvel Comics” Seana Howe to zaiste niezwykła lektura. Losy wydawnictwa i ludzi z nim związanych przedstawione bez upiększania. Plus wypowiedzi zebrane z setek wywiadów. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana obrazków z dymkami i nie tylko. Na uwagę zasługują chociażby same skomplikowane relacje Stana Lee i Jacka Kirby’ego, demitologizacja charakteru wiecznego wesołka tego pierwszego oraz niekończące się wojny o prawa autorskie pomiędzy prawie każdym pracownikiem a firmą.