Apdejt #1

Trzy zaległe FSF wcześniej czy później na pewno się ukażą. Przez luty byłem kolejno: zalatany, trochę wybrakowany czasowo, a następnie pozbawiony chęci pisania czegokolwiek z różnych przyczyn. Aczkolwiek przez cały ten okres obejrzałem sporo filmów oraz dokończyłem jedną książkę i zbliżam się do końca drugiej. Ostatnie dni z kolei to renesans Diablo III, o czym będzie za chwilę.

Gry

Naszej WoWowej gildii udało się położyć Garrosha (dla mnie po raz pierwszy) oraz liznąć trochę heroic mode’ów, jedna próba zakończyła się sukcesem. Ogólnie Siege of Orgrimmar to bardzo udany rajd – wszystkie kluczowe cechy spełniły moje wymagania. Granie tam sprawiało mi przyjemność przez większość czasu i o to chodzi. Nadal brakuje mi trochę więcej fabuły/questów powiązanych z największymi instancjami. Biorąc jednak pod uwagę przeszłe i obecne doświadczenia, a także zapowiedzi oraz wypowiedzi Blizzarda, nie należy mieć wygórowanych wymagań w tym względzie. Trzeba czekać na Wiedźminy i inne RPGi, żeby zaspokoić apetyt na wciągające i dobrze napisane historie.

We wtorek 25 lutego premierę miało w końcu Diablo III. Bo nikt mi nie wmówi, że odbyła się ona ponad półtora roku temu. To była ledwie beta, która po 3-4 miesiącach okazała się grą w farmienie golda. Teraz, wraz z Lootem i Paragonem 2.0, wreszcie jest to diament, jakim powinien był być od początku. Nareszcie wypadają sensowne przedmioty, *nareszcie* mogę z czasem zwiększać sobie poziom trudności – tuż po patchu słusznie wybrałem Expert (mój dps był żałosny), a obecnie biegam na Torment II. Wróciło to uczucie „jeszcze jednego checkpointa/questa, bo a nuż coś fajnego wypadnie”. Paragon 2.0 też bardzo mi się podoba – nie masz szczęścia do itemów z crit/LoH/czymkolwiek? Zresetuj punkty w drzewku i włóż w to, czego potrzebujesz. Zwiększenie pola manewru co do buildów – mów mi tak jeszcze. No niesamowite jak spieprzyli tę grę wcześniej i jeszcze raz ogromny szacunek, że przyznali się do błędu i właściwie już naprawili szkody. Wyczekuję dodatku (który przyniesie kilka kolejnych fajnych rzeczy) z niecierpliwością.

Filmy i seriale

„Pod Mocnym Aniołem” – solidny Smarzowski. Nie tak dobry jak w „Domu złym” czy „Drogówce”, ale nadal sporo powyżej przeciętnej. Jego stali aktorzy w kolejnych bardzo dobrych rolach.
„12 years a slave” – świetne zdjęcia i aktorstwo, mocny, przejmujący. Osobiście przez większość czasu szukam czegoś innego w kinie, ale nie zmienia to faktu, że takie filmy są potrzebne i warto na nie chodzić.
„American Hustle” – najbardziej przereklamowany film jaki oglądałem od nie pamiętam kiedy. Fajnie przedstawiony klimat lat 70., świetny dobór piosenek i wspaniały epizod Roberta de Niro. Jeśli o niczym nie zapomniałem, to na tym koniec. Chyba w trivia na imdb wyczytałem, że David O. Russell „is all about characters”. Bitch, please. Improwizowane sceny doprowadziły do tego, że scenariusz przypomina arbuza rozstrzelonego obrzynem po ścianie. Zero wiarygodności, jakieś cyrki wyprawiane przez Bradleya Coopera. Jedno wielkie WTF.
„Her” – cudo. Chciałbym w tym miejscu napisać kilka zdań z cyklu „Opowieści z sali kinowej”. Przede mną siedziały cztery kobiety, od których strony przez cały seans co jakiś czas dobiegał śmiech zażenowania. Kiedy zapaliły się światła widać było, że ledwo wysiedziały do końca i generalnie nie były zadowolone. Za mną siedziała para. Przez jakieś ostatnie 20 minut ona szlochała non-stop i jeszcze na napisach końcowych towarzysz nie mógł jej uspokoić. Magia kina… Oraz różne wrażliwości i interpretacje ;-) Na dzień dzisiejszy dzieło Jonze’a jest dla mnie filmem roku.
„Jack Strong” – polskie kino rządzi. „Tożsamość Bourne’a” to to nie jest, ale absolutnie nie mamy się czego wstydzić i naprawdę niewiele brakuje do światowego poziomu (jeśli w ogóle).
„This is the End” – Seth Rogen i spółka w kolejnej nerdowskiej komedii. Śmiesznie, ale bez rewelacji.
„The World’s End” – Trio Wright-Pegg-Frost po raz kolejny okazało się gwarantem śmiesznego i niegłupiego kina. Oprócz swoich regularnych znaków firmowych tym razem całość polali sporą ilością sentymentalnego sosu. Wyszło pysznie.
„Marvel One-Shot: All Hail the King” – nie chcę spoilerować, więc napiszę tylko, że końcowy twist jest tak samo genialny jak Ben Kingsley w swojej roli.
„Philomena” – pod paroma względami podobny do „12 years a slave” – też poruszająca prawdziwa historia, ale bardziej intymna. Znakomita Judi Dench.
Udało mi się też obejrzeć „Gravity” na dużym ekranie i w 3D po raz drugi. Nie stwierdziłem zmniejszenia siły oddziaływania na mnie tego obrazu. Bardzo mnie również ucieszył Oscar dla Price’a za ścieżkę dźwiękową.

Po słabych recenzjach odpuściłem „Monuments Men”, waham się z pójściem na „Inside Llewyn Davis”.

Seriale. Jack is back! W maju nowe wcielenie „24”, więc tak na chybił trafił zapuściłem sobie pewnego dnia 11-ty odcinek drugiego sezonu. Poszło z górki, obecnie jestem na 8-mym trzeciego i nie przestanę dopóki mój organizm nie zacznie wołać „dość!”. Zaczął się też drugi sezon „Vikings”, ale skłaniam się ku poczekaniu na całość żeby nie cierpieć tydzień w oczekiwaniu na nowy epizod.

Komiks

A właściwie książka o komiksie. „Niezwykła historia Marvel Comics” Seana Howe to zaiste niezwykła lektura. Losy wydawnictwa i ludzi z nim związanych przedstawione bez upiększania. Plus wypowiedzi zebrane z setek wywiadów. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana obrazków z dymkami i nie tylko. Na uwagę zasługują chociażby same skomplikowane relacje Stana Lee i Jacka Kirby’ego, demitologizacja charakteru wiecznego wesołka tego pierwszego oraz niekończące się wojny o prawa autorskie pomiędzy prawie każdym pracownikiem a firmą.

2 myśli nt. „Apdejt #1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *