FSF #37: Huey Lewis and the News – The power of love (Back to the Future)

„If my calculations are correct, when this baby hits 88 miles per hour… you’re gonna see some serious shit.”

Dzisiaj brak weny, więc będzie bardzo krótko. „Powrót do przyszłości” jest jednym z filmów, na których się wychowałem i któremu w dużej mierze zawdzięczam pomysł na nazwę tej strony. Krytycy i znawcy pewnie by się nie zgodzili z tą opinią, ale dla mnie cała trylogia to klasyka kina. Charakterystyczne, świetnie zagrane postacie, kultowe dialogi i one-linery, których sam od czasu do czasu (nad)używam, oraz oprawa muzyczna, która jest tak samo dobrze znana, jak sam film. Powyższy kawałek jest tego najlepszym przykładem.

Apdejt #3

Film

Japońskiego oryginału „Godzilli” nie dane mi było jeszcze obejrzeć. Widziałem tylko wersję Emmericha, która była słaba i na której nieźle się wynudziłem. Legendary Pictures spisało się dużo lepiej.
godzilla Trzeba oczywiście zacząć od rozwałki i efektów specjalnych, których nie brakuje, i które są na bardzo wysokim poziomie. Po raz kolejny nie polecam jednak 3D – miałem wybór i zaryzykowałem, po czym oczywiście plułem sobie w brodę. Przynajmniej obraz nie był tak ciemny jak w większości filmów i pomimo dużej ilości scen w nocy, dało się wszystko widzieć bez problemów. Godzilla jest potężna i budzi respekt, jej przeciwnicy również nie mają się czego wstydzić. Trailerowe sceny z flarami i skokiem HALO robią świetne wrażenie na dużym ekranie. Scen akcji nie brakuje, ale twórcy bardzo wyraźnie zaznaczyli też wątki „ludzkie”. O ile miłą odmianą jest patrzeć na kolejne, spowodowane przez potwory, kataklizmy z naszej perspektywy, tak ich schematyczność i przewidywalność jest dużym minusem. Pomimo nikłej oryginalności w tym aspekcie to nadal bardzo dobre kino rozrywkowe. 7/10

Generalnie nie lubię restartów i nie przepadam za ideą remake’ów. Trzeci Spider-Man Raimiego do tej pory wzbudza we mnie na tyle negatywne uczucia, że nowe filmy z Pająkiem postanowiłem oglądać na DVD. Ale… Dobry restart nie jest zły, a na porządnym remake’u również nie będę wieszał psów. Nowi X-Meni należą do tego pierwszego rodzaju.
x-men-days-of-future-past „Days of Future Past” nie jest absolutnie gorsze od pierwszej części, a w scenach akcji (zwłaszcza w początkowych 30-40 minutach) jest nawet lepsze. Relacje i dialogi między nową a starą ekipą są takie, jakie powinny być – dynamiczne, z jajem i służące za komediowy równoważnik. I nie, nie bryluje tu Wolverine. Quicksilver w wykonaniu Evana Petersa kradnie mu najlepsze momenty. W zasadzie można iść do kina tylko dla tego występu. BTW ciekawa sprawa, że Maximoff pojawił się tutaj i będzie w następnych „Avengersach”, którzy powstają w konkurencyjnym studiu. Niezbadane są ścieżki praw autorskich. Jeśli się wybierzecie, koniecznie zostańcie do końca napisów. 8/10

Seriale

Ostatnio jestem na bieżąco tylko z „Grą o Tron”. Wszystko dzięki play-offom NBA, przez które narobiłem sobie sporych zaległości i zacząłem z nich wychodzić dopiero w ubiegły weekend – dokończyłem „Agents of S.H.I.E.L.D.”. Pierwszych kilka odcinków było naprawdę słabych – cienka intryga albo wręcz jej brak, co najwyżej przeciętne aktorstwo (które do końca pozostało chyba największą wadą) i słaba akcja. Były przebłyski, ale to wciąż mało. Zaczęło być lepiej gdzieś tak w okolicach 8-go epizodu, od 10-go dało się „Agentów” oglądać bez zażenowania, a w odcinkach równoległych i kontynuujących wątki z drugiego „Kapitana Ameryka” (czyli do końca) było już naprawdę dobrze. Drugi sezon na pewno będę oglądał, ale nie oczekuję fajerwerków.

Następny w kolejce jest „Arrow” (zostały mi 3 odcinki), drudzy „Wikingowie” i oczywiście nowy Jack Bauer.

Komiksy

Nadgoniłem 11 albumów z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela od Hachette (15-22, 23+30 oraz 24). Zdecydowana większość z nich była co najmniej bardzo dobra. Skupię się na trzech najlepszych.

„Planet Hulk” – epicka opowieść pokazująca jak powinny wyglądać komiksy akcji z „Zielonym” w roli głównej. Pomimo tego, że nie ma tu zbyt wiele nowych pomysłów czy rozwiązań fabularnych, świetnie się to czyta. Rysunki też są z pierwszej ligi. Umieszczenie Hulka w takim świecie i w takiej sytuacji doskonale się sprawdziło.

„Daredevil: Born Again” – Frank Miller i David Mazzucchelli dają nieźle popalić. Po przeczytaniu żałowałem tylko jednego – że jeszcze nie dane mi było mieć w rękach „Batman: Year One” tego samego duetu. Fabularnie to jeden z najlepszych tytułów Marvela jakie czytałem. Rysunki też są klasą samą w sobie (kilka pojedynczych ramek zwaliło mnie wręcz z nóg).

„Invincible Iron Man: Five Nightmares” – jak do tej pory największe zaskoczenie Kolekcji. Komiks w pewnym sensie jest alternatywnym sequelem pierwszego filmu o Iron Manie – głównym przeciwnikiem Starka jest syn Obadiaha Stane’a. Sam Tony stoi na czele S.H.I.E.L.D., nadal jest niestrudzonym playboyem, ma problemy z alkoholem i przy okazji musi sobie poradzić z kryzysem w skali światowej. Wisienką na torcie jest ostatni rozdział, w którym pojawia się Spider-Man. Relacje i dialogi obydwu bohaterów dobitnie pokazują, że filmowi „Avengersi” byliby jeszcze lepsi z Człowiekiem Pająkiem.

FSF #36: Lori Carson and Graeme Revell – Fall in the light (Strange Days)

„See, I can get you what you want. I can, I can get you anything, you just have to talk to me, you have to trust me. You can trust me, ’cause I’m your priest. I’m… I’m your shrink. I am your main connection to the switchboard of souls. I’m the magic man. Santa Claus of the subconscious. You say it, you think it, you can have it.”

„Strange Days” jest raczej mało znany. Może po sukcesach „The Hurt Locker” i „Zero Dark Thirty” ktoś po niego sięgnął, pragnąc bliżej poznać twórczość Kathryn Bigelow, ale idę o zakład, że obraz z Ralphem Fiennesem jest o wiele mniej znany od chociażby kultowego „Point break”.

Niedoceniony film sensacyjny z elementami sf, który zaliczył wtopę w box office (i pewnie dlatego przeszedł bez echa) z więcej niż solidną intrygą i porządnym aktorstwem. Dla mnie najciekawsza była właśnie ta domieszka science-fiction, żywcem wyjęta z cyberpunku. Szybkie przybliżenie o co biega – główny bohater, eks-gliniarz, zajmuje się handlem nagraniami ze „squidów” – elektronicznych urządzeń nakładanych na głowę i rejestrujących wszystkie doznania osoby, która je nosi. Odtwarzanie również odbywa się w ten sposób – „widz” odczuwa wszystko jakby sam był uczestnikiem zdarzenia. Proceder jest oczywiście nielegalny – opracowana przez FBI technologia trafiła na czarny rynek, a same dyski zawierają nierzadko materiał z gatunku snuff (prawdziwa przemoc, a w ekstremalnych przypadkach śmierć na wizji). Wypisz wymaluj Braindance, który ma się pojawić w pewnej grze pewnego polskiego studia. Fabuła nie bez przyczyny umiejscowiona jest dzień przed Sylwestrem 1999 roku. Scenarzyści co prawda zbyt szybko wybiegli w przyszłość jeśli chodzi o rozwój technologii, ale dekadencki klimat i zanurzenie się w przestępczy półświatek idealnie pasuje do cyberpunku. Jak najbardziej warto obejrzeć.

FSF #35: Hans Zimmer & James Newton Howard – Like a dog chasing cars (The Dark Knight)

„Do I really look like a guy with a plan? You know what I am? I’m a dog chasing cars. I wouldn’t know what to do with one if I caught it! You know, I just… *do* things.”

Dziś kolejna dawka Batmana oraz duetu Zimmer i Howard. Okazją do tego jest przedwczorajsze zdjęcie:
fatman Tak w „Batman vs. Superman” będzie wyglądał Ben Affleck. Widać też prawie cały Batmobil, który prezentuje się nieźle. Wracając jednak do stroju. Jest identyczny jak jeden z dwóch kostiumów, które miał na sobie Nietoperz w „The Dark Knight Returns” Franka Millera. Znaki charakterystyczne: krótkie uszy, czarny emblemat na klatce piersiowej no i oczywiście bardzo masywna sylwetka (z tego względu to wcielenie bohatera zostało żartobliwie nazwane „Fatman”). Porównajcie zresztą sami: The Dark Knight Returns Inspiracja godna pochwały, jest jednak jedno ale. Nie tylko moim zdaniem DC (a raczej Warner Bros., który jest właścicielem wydawnictwa) za bardzo spieszy się z ekranizacjami. W „Batman vs. Superman” oprócz dwóch tytułowych herosów zobaczymy też Wonder Woman (która zasługuje na własny film) oraz Cyborga. Następny w kolejce jest, już zapowiedziany, „Justice League”. Gdzie miejsce na wprowadzenie Green Lanterna i Flasha, którzy również są ikonicznymi postaciami Ligi? Zielona Latarnia z 2011 roku była koszmarnym filmem i choć nie lubię restartów, tak w tym przypadku jest on konieczny. Flash z kolei będzie miał od jesieni własny serial, ale wątpię czy połączy się on jakoś z kinowym obrazem (aczkolwiek jeśli się połączy, to od razu gotowy jest też Green Arrow). Nie mniej ważny pozostaje fakt, że „The Dark Knight Returns” to naturalnie komiks o Batmanie (chociaż Człowiek ze Stali odgrywa tam ważną rolę) i filmowi może to zaszkodzić (chyba, że na zaczerpnięciu projektu kostiumu się skończy) – w ostatecznym rozrachunku dostaniemy trochę filmu o Nietoperzu, trochę o Wonder Woman, a z sequelu o Supermanie, który dalej rozwinąłby tę postać, nic nie wyjdzie.

Szybkie tempo, wyraźnie nastawione na konkurowanie z Marvelem, którego filmowe uniwersum jest już w zaawansowanym stadium. DC zaczęło bardzo dobrze, ale mam obawy, że zaczyna traktować sprawę za bardzo „po łebkach”.

FSF #34: The Servant – Cells (instrumental) (Sin City)


Trochę oszukuję, bo instrumentalna wersja utworu nieistniejącej już grupy The Servant nie znalazła się na soundtracku – była wykorzystywana w kampanii reklamowej „Sin City” oraz na wydaniu DVD filmu. Kawałek jest jednak tak dobry, że nie można obok niego przejść obojętnie. To samo tyczy się komiksu i filmu (pozycja obowiązkowa dla każdego kinomaniaka, choćby ze względu na sposób kręcenia). Pod koniec sierpnia do kin wejdzie druga część, po której oczekuję podobnego poziomu.

Skoro już jestem przy Franku Millerze, to ciąg skojarzeń był nieunikniony. Kilka dni temu pojawił się pierwszy trailer „Gotham”:

Film telewizyjny, który można nazwać „Batman: Year Zero”. „Year One” napisał oczywiście Miller – komiks ten także doczekał się ekranizacji (bardzo dobrej zresztą), ale w wersji animowanej. Podczas napisów końcowych również leci instrumentalna wersja pewnego utworu. Co prawda trochę przerobionego, ale łatwo go rozpoznać:

Nieprawdaż? Dla ułatwienia – inny cover powyższego gościł wcześniej w FSF. Żeby uzupełnić codzienną porcję ciekawostek dodam tylko, że w „Gotham” Jima Gordona gra Ben McKenzie, który w „Year One” podkładał głos… Batmanowi.

FSF #31 – #33

FSF #31: Queen – Gimme the Prize (Kurgan’s theme) (Highlander)

„There can be only one.”

Kolejny film z lat wczesnej młodości, przy którym ma się dylemat – powtarzać go sobie po tylu latach czy lepiej nie tracić dobrych wspomnień? Ja chyba niedługo podejmę ryzyko. Z muzyką nie ma takich rozterek. Utwory Queen z Highlandera (zawarte na płycie „A kind of magic” gdyby ktoś poczuł silną chęć na klasykę rocka) są niezmiennie doskonałe.

FSF #32: Badfinger – Baby blue (Breaking Bad)

„I am the danger.”

Najlepszy serial ostatnich lat i jeden z najlepszych w ogóle. Powyższa piosenka leci podczas ostatnich minut finału i bardzo ciężko byłoby znaleźć taką, która lepiej pasowałaby do fabuły i jej zakończenia. Pisałem o tym już co najmniej raz – jeżeli ktoś jeszcze nie widział „Breaking Bad”, to gorąco polecam.

FSF #33: Wreckless Eric – (I’d go the) Whole wide world (Stranger than fiction)

„I brought you some flours.”

Niedoceniony obraz moim skromnym zdaniem. Zobaczyłem go jakieś 3-4 lata po premierze i gdyby wchodził do kin dzisiaj, zapewne też czekałbym na DVD. Powód jest prozaiczny – nie mam tyle czasu i pieniędzy żeby zobaczyć wszystko na dużym ekranie, a najszybszym sposobem selekcji jest metascore (dość często mylący) i oceny na imdb. Z obydwu wyciągam jakąś tam średnią i jeśli film nie należy do takich, które chcę zobaczyć na 100%, podejmuję decyzję. Dlatego też od jakiegoś czasu staram się żeby perełki pokroju „Stranger than fiction” nie wypadały mi z pamięci.