Recenzja filmu „Warcraft”

Ile to lat minęło od pierwszej zapowiedzi? 8, 10? Czy warto było w ogóle czekać? Krótka odpowiedź: tak. Poniżej nieco dłuższa.

warcraft_alliance Mimo, że byłem w sobotę i już ochłonąłem, to nadal trzeba brać pod uwagę, że jestem wieloletnim graczem WoWa, Warcrafty 1-3 w mniejszym lub większym stopniu też poznałem i ogólnie jestem fanem całego uniwersum. Moja ocena może być więc zwyczajnie nieco zawyżona. Ale do rzeczy, najpierw pozytywy.

CGI, tudzież efekty specjalne. Orkowie zrobieni bardzo dobrze, świetnie oddane emocje na ich twarzach, nieźle wpasowują się w otoczenie. Same środowiska jednak miejscami biją trochę sztucznością i zdjęciami w studiu, a nie plenerze. Całościowo jednak wszystko wygląda OK. Wnętrza oraz inne miejscówki (Stormwind! Ironforge!) odwzorowane moim zdaniem mistrzowsko. Pokazują stolicę krasnoludów i przypomina ci się intro do „podstawki”. Patrzysz na Stormwind z lotu ptaka i rozpoznajesz główną bramę, plac z AH czy lądowisko dla gryfów. Wchodzą do karczmy, a wnętrze identyczne jak w grze. Cały film to ogromny „fan service” – co kilka, kilkanaście minut jest pokazane coś znajomego i sprawia to masę frajdy.

Aktorsko jest OK, czasami lepiej: Medivh, Garona, duet Lothar + Khadgar (Fimmel ma jednak charakterystyczną manierę znaną z Wikingów i o wiele lepiej wypada w scenach ze Schnetzerem oraz oczywiście w walkach, gdzie jest totalnym badassem), czasami gorzej: trochę sztywny, miałki i patetyczny Llane, ale IMHO nie jest to wina Dominica Coopera. O odtwórcach orków (Durotan, Draka, Orgrim, Gul’dan i Blackhand z głosem niezastąpionego Clancy’ego Browna) też złego słowa powiedzieć nie można. W interakcjach pomiędzy postaciami występuje także najwięcej humoru i jest on rozsądnie dawkowany.

warcraft_horde Wiadomo było, że będą różnice w stosunku do fabuły/historii z gier. Dla mnie wyszły neutralnie – efekty takie same, a w dłuższej perspektywie pewnie pomogą w ewentualnych sequelach. Ciężko więcej napisać bez spoilowania, trzeba sprawdzić samemu, a jeśli ktoś jest ortodoksem, to i tak nic go nie zadowoli :-P

Jedyne, ale niestety dość spore, zastrzeżenie mam do tempa i sposobu prowadzenia fabuły. Jest za bardzo chaotycznie, akcja jest „szarpana”, dużo skakania – 5 minut tu, teraz od razu 6 minut tam, znowu 4 minuty gdzieś indziej. Brakuje płynności, która zdecydowanie poprawiłaby odbiór całości. Podobno jest dużo wyciętych scen i może będzie jakaś wersja reżyserska, która co nieco naprawi, ale to żadne tłumaczenie.

Na koniec muszę wspomnieć o opiniach „krytyków”, którzy bardzo sumiennie zrównali film z ziemią. Dobitnie i w skrócie – nie wiem o co kurwa chodzi. Jestem w stanie zrozumieć zarzuty kogoś, kto nie zna tego świata. „Warcraft” jest bardziej zrobiony pod fanów gier (co jest dla mnie małym zaskoczeniem i może być postrzegane jako wada, co również przyjmuję do wiadomości). Obwieszczanie go jednak najgorszym filmem w historii i tym podobne farmazony można włożyć między bajki. Z jednej recenzji, którą przeczytałem wyraźnie przebijała się wręcz myśl w stylu „lol, film na podstawie bzdurnej gry, zbesztam dla zasady, jestem taki ambitny, będzie fun”. Okazało się też, że wcale nie ma za dużo postaci, a fabuła jest przejrzysta, bo moja dziewczyna, której wiedza o świecie Blizzarda skończyła się na okazjonalnym spoglądaniu mi przez ramię podczas gry oraz znajomości głosu Murlocków, wszystko zrozumiała i nawet nieźle się bawiła. No po prostu ogrom nierzetelności i mnóstwo ocen zupełnie od czapy.

Podsumowując: jeśli jesteś fanem, idź koniecznie, jeśli nie – zachęcam do ryzyka, bo szmira to na pewno nie jest. 7/10

Apdejt #4

1. Jeśli ktoś jest spostrzegawczy, to zauważył, że z prawej strony zniknęły odnośniki do Facebooka i twittera. Na tym pierwszym zablokowali mi konto (tak, to możliwe), gdyż najprawdopodobniej ktoś (może nawet któryś z moich znajomych) nacisnął przycisk „Report” przy moim nazwisku (nie używałem prawdziwego). Tym samym mam również zablokowany dostęp do fanpejdża, na którym nic się już nie pojawi. Zastanawiałem się nad założeniem drugiego konta, ale po miesiącu bez FB stwierdzam, że wcale mi go nie brakuje. Co do twittera, to nie pisałem tam wiele, a dzisiaj zalogowałem się pierwszy raz od kilku miesięcy. Ta platforma ma jakiś sens i nie skreślam jej, ale póki co nie zamierzam też zwiększyć tam aktywności.

2. Awaria zasilacza (też nieco ponad miesiąc temu) przyczyniła się do drugiej w tym roku przerwy od WoWa. Subskrypcję przed Legionem raczej odnowię – chciałbym ostatecznie zrobić Gold Challenge Mode’y. Na Archimonde’a na Mythicu nie liczę, ale kto wie. Główne źródło informacji, czyli mmo-champion przeglądam tylko pobieżnie – to na pewno jakaś oznaka, że WoW mnie nie kręci jak kiedyś. Coraz bardziej w tym względzie przypominam Murtaugh powtarzającego „I’m too old for this shit”.

3. Wczoraj skończyłem „Serca z kamienia” (brawo ja). Tym samym jeszcze bardziej napaliłem się na to, co nadejdzie za dwa tygodnie:

4. Od ostatniego wpisu trochę filmów było, więc po kolei: Deadpool 7/10 (było 8, ale powtórny seans i inny Marvel kazali zweryfikować), Batman vs Superman 5/10 (Affleck klasa, Irons klasa, akcja klasa, fabuła do kitu, za dużo idiotyzmów), Hardcore Henry 6/10 (cudowna rozwałka, eksperyment wyszedł miodnie, ale film raczej na raz), Captain America: Civil War 8/10 (bracia Russo czają bazę, Spider-Man ukradł spory kawałek filmu, walka na lotnisku, wszystko trzyma się kupy), Zero Dark Thirty 8/10, The Lone Ranger 4/10 (takie tam filmidło do niedzielnego obiadu).

Filmowo-growe podsumowanie 2015 roku

outatime.pl niezbyt dumnie przedstawia mocno spóźnioną i powstającą w ogromnych bólach notkę-wyliczankę. Powodzenia.

Na początek trzy tytuły z 2014, które w Polsce miały premierę w zeszłym roku: The Imitation Game, Birdman oraz Whiplash. Ten ostatni to zasadniczo dyszka, ale dwa pozostałe również bardzo dobre i wręcz obowiązkowe.

Powyższe to jednocześnie większość poważnych dzieł jakie obejrzałem – reszta to kino mniej lub bardziej rozrywkowe. Filmem roku jest dla mnie oczywiście Mad Max: Fury Road. Wizualna i dźwiękowa uczta oraz nie zwalniająca, intensywna akcja. Jeśli chodzi o podobną „tematykę”, to jakiś kawałek za tym umieściłbym Kingsman: The Secret Service (Matthew Vaughn nadal nie zrobił słabego filmu), Ant-Mana (Marvel może wszystko), Mission Impossible: Rogue Nation (warto chociażby dla kaskaderskich popisów Toma Cruise’a), Spectre (może nieco słabszy od Skyfalla, ale to i tak nadal dobry Bond) oraz The Man from U.N.C.L.E. (luzacki hołd dla starych szpiegowskich filmów).

Ciekawy przypadek z tego Marsjanina. Niby SF, niby dramat człowieka kombinującego jak samotnie przetrwać na obcej planecie, ale najwięcej widziałem tam dobrej komedii. Wyszło to bardzo dobrze, jedynie pod koniec pojawiło się trochę nieprawdopodobzdurek.

Jest jeszcze Furious 7 tylko że to trochę inna kategoria, trzeba całkowicie wyciszyć szare komórki. No i był to widocznie gorszy odcinek od najlepszej „piątki”.

Terminator: Genisys o dziwo okazał się lepszy od dwóch poprzednich Elektronicznych Morderców i spokojnie mogę go polecić na długi zimowy wieczór.

Z kolei małym rozczarowaniem okazali się drudzy Avengersi. Absolutnie nie jest to zły film ze stajni Marvela, lecz kilka rzeczy za bardzo mi zgrzytało. Ant-Man wygrywa dość wyraźnie w porównaniu.

Czarny koń – What we do in the shadows. Nowozelandzka komedia o współczesnych wampirach utrzymana w formie mockumentary. Coś pięknego.

Z polskiego podwórka polecam Ziarno prawdy – świetny kryminał, kolejna bardzo dobra rola Więckiewicza.

I tak po tej całej wyliczance dochodzimy do Gwiezdnych Wojen. Można było więcej wyciągnąć z tematu. Bardzo na to liczyłem. Niestety twórcy poszli prostą, bezpieczną drogą i otrzymaliśmy „fan service” oraz dużo powtórzonych motywów. Nazywam to „Nową nadzieją na Powrót Jedi”. Jednak jeśli myślicie, że mi się nie podobało, to już wyprowadzam z błędu – bardzo mi się podobało. Tylko właśnie ten brak jakiegokolwiek ryzyka żeby wprowadzić coś nowego i zacząc trzecią trylogię z przytupem nadal mnie gryzie.

Na koniec wspomnę jeszcze o Evereście (warto), Ex Machina (bardzo warto) oraz przestrzegam przed Jurassic World (ile jeszcze razy można wymyślać nowe krwiożercze dinozaury i kręcić ten sam film?).

Seriale. Telewizyjne adaptacje komiksowe w natarciu. Agent Carter dobre, drugi sezon Agents of S.H.I.E.L.D. podobnie (nieporównanie lepszy od mizernych początków), Daredevil bardzo dobry, Jessica Jones ciutkę słabsza, ale nadal warto. Konkurencja z DC dostała lekkiej zadyszki w trzecim sezonie Arrowa, ale nadrobiła niezłym Flashem i akceptowalnym Gotham. Mieliśmy jeszcze jedną „chmurkową” adaptację – Powers. Taki sobie (z przebłyskami), lecz przede wszystkim dziwny to serial. Ciężko mi go ocenić jakoś sensowniej. Wikingowie z History wciąż trzymają poziom.

Natomiast dwie najlepsze serie zeszłego roku to dla mnie Sense8 (o którym już napomknąłem) oraz Better Call Saul – cudownie się wszystko zazębia w kolejnych odcinkach.

Z zaległości nadrobiłem sporo Supernatural – sześć sezonów w zeszłym i siódmy już w bieżącym roku. Im dalej, tym gorzej. Po piątym oglądam już siłą rozpędu i ciekawością co będzie dalej. Aczkolwiek kilka odcinków to małe perełki przy których bawiłem się wyśmienicie.

W grach niestety bez zmian – nie nadrobiłem absolutnie nic z „kupki wstydu”, która nieustannie się powiększa, a z nowości przeszedłem tylko Wiedźmina (i tak połowę Serc z Kamienia). Większość czasu pożarł World of Warcraft (do którego nie zajrzałem przez ostatni miesiąc, ale głód powoli wraca) i Hearthstone. Okazjonalnie odpaliłem jeszcze Diablo III, Magic Duels i Heroes of the Storm. Były też bety Might and Magic Heroes VII (niektóre rozwiązania fajne, ale technicznie masakra – po premierze nie było ponoć lepiej) oraz Ghost in the Shell: Stand Alone Complex – First Assault Online (brawa za zwięzły tytuł) – FPS w stylu Counter Strike’a, który jest obecnie w early accessie i ma całkiem dobre oceny. Grało mi się nieźle, ale zabrakło samozaparcia żeby przestawić moją komórkową pamięć z o wiele bardziej arcade’owego Quake’a III.

Dorobiłem się też tabletu i jednak zmieniłem nieco zdanie co do gier mobilnych – można trafić na fajne tytuły służące czy to zabiciu czasu albo relaksującej rozrywce, czy też na dłuższą, regularną zabawę. Ostatnio na tapecie mam głównie Magic the Gathering: Puzzle Quest oraz ciągle Fallout Shelter (chociaż osiągnąłem tam już prawie wszystko i coraz mniej sensu w tym widzę). Od czasu do czasu odkurzę też klasyki w postaci Kingdom Rush i Trials Frontier. Polecam także polską produkcję Earthcore: Shattered Elements.

No i to by było na tyle. Całkiem niezły był to rok. Filmowo nawet bardzo dobry. W grach chyba całkowicie ustrzegłem się rozczarowań czy innych wtop (bo byłem sprytny i w mało co grałem, a tym bardziej kupowałem. Heheszki.), którymi branża regularnie lubi sypnąć i na które wkurzam się (czasami jak cholera) jedynie jako obserwator.

Ant-Man

Drugi sprawdzian filmowego Marvela (po „Strażnikach Galaktyki”), który miał pokazać czy z mniej znanej postaci też można nakręcić udany tytuł. O ile „Guardiansi” od początku prezentowali się dobrze na ekranie i wyglądali na superbohaterów (kosmiczny Hulk, cwaniaczek z fajną maską i w płaszczu, laska-zabójczyni oraz Drzewiec z szopem na ramieniu), tak „mocą” Człowieka-mrówki jest… zmniejszanie się i wydawanie rozkazów owadom. W dodatku może to robić tylko dzięki specjalnemu skafandrowi. Zgadliście, Marvelowi znowu wyszło.

Ant-Man
Zacznijmy od tego, że to też kino gatunków. Tym razem mamy film o włamaniu z bardzo dużą dawką komedii. Spokojnie, śmiesznych scen jest sporo, ale po pierwsze opierają się na pojedynkach słownych i żartach sytuacyjnych, a po drugie świetnie komponują się z postacią Scotta Langa (Rudd) i absolutnie nie są przesadzone, nachalne, nie męczą czy są przekombinowane (może z wyjątkiem jednego z ostatnich motywów). Tak więc mamy Hanka Pyma (Douglas), który wymyślił kostium i formułę na zmniejszanie. Zrobił to pracując dla S.H.I.E.L.D., nie spodobało mu się, że „firma” próbuje odkryć jego tajemnice i nie wiadomo do czego użyć, więc odchodzi. Zakłada własne laboratorium, bierze pod skrzydła młodego zdolnego (Stoll), który oczywiście okazuje się kanalią i też zaczyna pracować nad własną „ant-manowską” formułą. Pym wraz z córką Hope (Lilly) postanawia mu przeszkodzić – wykraść strój Yellowjacketa i wyniki badań. Do kradzieży upatruje Scotta Langa, świetnego włamywacza, który właśnie skończył odsiadkę. Klasyczny schemat heist movie, prawda? Jest werbunek, wtajemniczenie w spisek, przygotowanie do skoku oraz punkt kulminacyjny czyli „robota” i finalna konfrontacja. Nie mam za bardzo do czego się przyczepić – konwencja zachowana, realizacja sprawna i zabawa przednia.

Wspomniane „moce” Ant-Mana, które mogą wydawać się dziwne czy zabawne na ekranie prezentują się świetnie. Walki, latanie, sceny z mrówkami – wszystko gra. Widać oczywiście, że to w ogromnej większości efekty komputerowe, ale są na tradycyjnie wysokim poziomie i nie czułem żadnych zgrzytów. Doskonały jest też montaż sekwencji, w której kumpel Langa grany przez Micheala Peña(ę?) opowiada o „łatwej, pewnej robocie” – tego nie można opisać, to trzeba zobaczyć.

Paul Rudd dołącza do grona aktorów, na których psioczono przy ogłaszaniu roli i który wyszedł z tego nie tylko obronną ręką, ale wyprowadził też nokautujący lewy prosty. Nie mogę się doczekać na jego konfrontację z Downeyem Jr. w „Civil War”. Tony Stark ma godnego przeciwnika jeśli chodzi o uwodzicielską łobuzerskość. O Michaelu Douglasie również należy napisać kilka ciepłych słów. Po prostu klasa – bardzo dobrze wcielił się w rolę mentora i po raz kolejny pokazał, że potrafi być też zabawny. Angaż tego aktora wyszedł filmowi i myślę że także całemu MCU na dobre.

Już chyba oficjalnie można uznać, że Marvel może kręcić co tylko zechce. Nie wszystkie filmy wyszły im bardzo dobrze (Thory jednak takie se, Hulk też), ale poniżej pewnego poziomu nie schodzą i potrafią pozytywnie zaskoczyć od czasu do czasu. Moim zdaniem „Ant-Man” jest po „Iron Manie” i „Winter Soldier” trzecim najlepszym, „solowym” marvelowskim filmem. 7,5/10

PS. Mimo wszystko jeszcze dość długo będę się zastanawiał co z tematu zrobiłby Edgar Wright.

Zaczęły się przygotowania do aktorskiego filmu na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego

Kilka godzin temu na gram.pl pojawił się taki news. Faktycznie, po wejściu na stronę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i kliknięciu tego odnośnika, na drugiej liście widnieje pozycja „14296/2014 / Wiedźmin / Tomasz Bagiński / Platige Films Sp. z o.o.”. Dosłownie jakieś pół godziny temu facebookowy fanpage Platige Image zamieścił coś takiego:

„Potwierdzamy.
Rozpoczęliśmy przygotowania do produkcji pełnometrażowego aktorskiego filmu fabularnego „Wiedźmin”, za który odpowiedzialny będzie Tomek Bagiński i ekipa Platige Films. Scenariusz powstanie w oparciu o prozę Andrzeja Sapkowskiego.
Projekt jest obecnie w fazie developmentu.”

Najpierw otworzyłem kalendarz i upewniłem się, że nie widnieje tam „1 kwietnia”. Szok i totalne zaskoczenie. Pierwsza reakcja to totalna ekscytacja i myśl, że to nie może nie wyjść. Nie po takiej porażce jaką była poprzednia adaptacja, nie z tym reżyserem, nie z tą firmą. Później jednak zdałem sobie sprawę, że mowa o polskim kinie, polskim budżecie, i że w takich warunkach nawet z taką ekipą wszystko może się spieprzyć. Doszła jeszcze świadomość, że to jeszcze nie pre-produkcja, bo scenariusza nawet nie ma.

No kurde, nie mogę się nadziwić, że rzucają się na film aktorski. Po przeczytaniu wiadomości z gram.pl moim najbardziej optymistycznym przypuszczeniem był jakiś CGI lub animowany krótki metraż. Najbardziej pesymistycznym szukanie kasy na coś w stylu dłuższego trailera czy innej zapowiedzi. Szok.

Do zdjęć daleka droga, do ostatniego klapsa jeszcze dłuższa. Mam naturalnie ogromne obawy, ale będę temu projektowi bardzo mocno kibicował. Mam nadzieję, że nie nadaremnie.

2014 w kinie (część druga)

Zgodnie z zapowiedziami, dokańczam przegląd interesujących mnie tegorocznych premier kinowych. Część pierwszą znajdziecie tutaj. Tradycyjnie w pierwszej kolejności posiłkuję się filmwebem, a następnie imdb.

Lipiec

Początek lata wygląda na bardzo słaby, trochę na siłę mogę wymienić trzy filmy:

  • „Frank” – bardzo dobra obsada, intrygujący trailer i niezłe oceny.
  • „Dawn of the Planet of the Apes” – pewnie bym poszedł, gdybym widział pierwszą część i gdyby pochwały, jakie o niej słyszałem, się potwierdziły.
  • „Hercules” – nie kupuję tego. Po trailerze przewiduję kaszanę, która o wiele lepiej się sprawdzi po dwóch piwkach na jakiejś domówce, niż w kinie.

Sierpień

  • „Guardians of the Galaxy” – słabe, nazbyt nastawione na komedię trailery. Wciąż mam mieszane uczucia, ale pójdę na pewno. W najgorszym przypadku będę świadkiem pierwszej wtopy filmowego Marvela.
  • „Teenage Mutant Ninja Turtles” – oglądało się kiedyś kreskówkę, oglądało. Wątpię jednak czy wyjdzie z tego coś przyzwoitego.
  • „The Expendables 3” – czy trzeba cokolwiek pisać?
  • „Boyhood” – ciekawy eksperyment, Linklatera zawsze warto obejrzeć. Dodatkowo zachęca kosmiczna ocena na metacritic (93/100).

Wrzesień

Październik

  • „Gone girl” – nowy Fincher w „swoim” gatunku, czyli thrillerze. Liczę, że utrzyma poziom jaki prezentował w „The Social Network” i „Dziewczynie z tatuażem”.
  • „Kingsman: The Secret Service” – Matthew Vaughn jeszcze mnie nie rozczarował i po trailerze wnoszę, że tym razem też stanie na wysokości zadania.

Są jeszcze dwa filmy godne uwagi, które nie mają polskiej daty premiery:
„Whiplash” – wątpię, że trafi do naszych kin, a szkoda.
„Birdman” – szansa nieco wyższa od zerowej, a szkoda jeszcze większa. Świetny trailer, a tematyka filmu wygląda na odniesienie do kariery samego Keatona, którego lubię od zawsze. Nie tylko za Batmana.

Listopad

  • „Interstellar” – nowy Nolan, czyli dla mnie absolutny „must see”.
  • „Fury” – amerykańska odpowiedź na „Czterech pancernych i psa” ;-) Zapowiada się nieźle.
  • „The Imitation Game” – biografia Alana Turinga, w roli głównej Benedict „Sherlock” Cumberbatch i kilka innych dobrych aktorskich nazwisk. Jak zwykle im bliżej końca roku, tym więcej filmów z kategorii „muszę obejrzeć”.

Dwa ostatnie tytuły nie mają jeszcze polskiej daty premiery.

Grudzień

  • „Exodus: Gods and Kings” – amerykańskie kino biblijne skończyło się chyba gdzieś tak w latach sześćdziesiątych, więc jestem ciekaw co z gatunkiem zrobi Ridley Scott. Zgodnie z kratką w jaką nagrywa filmy dobre i złe, teraz kolej na dobry.
  • „Hobbit: There and back again” – odmawiam używania podtytułu „Bitwa pięciu armii”. Serio, nie wystarczył wam skok na kasę w postaci rozbicia na trzy filmy i musieliście dołożyć „Atak klonów” w wersji fantasy? Ech…

Ostatnie trzy miesiące roku wydają się nieco luźne, zapewne jakieś premiery jeszcze dojdą. Osobiście nie narzekam, będę miał co oglądać w ciągu nadchodzących sześciu miesięcy.

Apdejt #3

Film

Japońskiego oryginału „Godzilli” nie dane mi było jeszcze obejrzeć. Widziałem tylko wersję Emmericha, która była słaba i na której nieźle się wynudziłem. Legendary Pictures spisało się dużo lepiej.
godzilla Trzeba oczywiście zacząć od rozwałki i efektów specjalnych, których nie brakuje, i które są na bardzo wysokim poziomie. Po raz kolejny nie polecam jednak 3D – miałem wybór i zaryzykowałem, po czym oczywiście plułem sobie w brodę. Przynajmniej obraz nie był tak ciemny jak w większości filmów i pomimo dużej ilości scen w nocy, dało się wszystko widzieć bez problemów. Godzilla jest potężna i budzi respekt, jej przeciwnicy również nie mają się czego wstydzić. Trailerowe sceny z flarami i skokiem HALO robią świetne wrażenie na dużym ekranie. Scen akcji nie brakuje, ale twórcy bardzo wyraźnie zaznaczyli też wątki „ludzkie”. O ile miłą odmianą jest patrzeć na kolejne, spowodowane przez potwory, kataklizmy z naszej perspektywy, tak ich schematyczność i przewidywalność jest dużym minusem. Pomimo nikłej oryginalności w tym aspekcie to nadal bardzo dobre kino rozrywkowe. 7/10

Generalnie nie lubię restartów i nie przepadam za ideą remake’ów. Trzeci Spider-Man Raimiego do tej pory wzbudza we mnie na tyle negatywne uczucia, że nowe filmy z Pająkiem postanowiłem oglądać na DVD. Ale… Dobry restart nie jest zły, a na porządnym remake’u również nie będę wieszał psów. Nowi X-Meni należą do tego pierwszego rodzaju.
x-men-days-of-future-past „Days of Future Past” nie jest absolutnie gorsze od pierwszej części, a w scenach akcji (zwłaszcza w początkowych 30-40 minutach) jest nawet lepsze. Relacje i dialogi między nową a starą ekipą są takie, jakie powinny być – dynamiczne, z jajem i służące za komediowy równoważnik. I nie, nie bryluje tu Wolverine. Quicksilver w wykonaniu Evana Petersa kradnie mu najlepsze momenty. W zasadzie można iść do kina tylko dla tego występu. BTW ciekawa sprawa, że Maximoff pojawił się tutaj i będzie w następnych „Avengersach”, którzy powstają w konkurencyjnym studiu. Niezbadane są ścieżki praw autorskich. Jeśli się wybierzecie, koniecznie zostańcie do końca napisów. 8/10

Seriale

Ostatnio jestem na bieżąco tylko z „Grą o Tron”. Wszystko dzięki play-offom NBA, przez które narobiłem sobie sporych zaległości i zacząłem z nich wychodzić dopiero w ubiegły weekend – dokończyłem „Agents of S.H.I.E.L.D.”. Pierwszych kilka odcinków było naprawdę słabych – cienka intryga albo wręcz jej brak, co najwyżej przeciętne aktorstwo (które do końca pozostało chyba największą wadą) i słaba akcja. Były przebłyski, ale to wciąż mało. Zaczęło być lepiej gdzieś tak w okolicach 8-go epizodu, od 10-go dało się „Agentów” oglądać bez zażenowania, a w odcinkach równoległych i kontynuujących wątki z drugiego „Kapitana Ameryka” (czyli do końca) było już naprawdę dobrze. Drugi sezon na pewno będę oglądał, ale nie oczekuję fajerwerków.

Następny w kolejce jest „Arrow” (zostały mi 3 odcinki), drudzy „Wikingowie” i oczywiście nowy Jack Bauer.

Komiksy

Nadgoniłem 11 albumów z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela od Hachette (15-22, 23+30 oraz 24). Zdecydowana większość z nich była co najmniej bardzo dobra. Skupię się na trzech najlepszych.

„Planet Hulk” – epicka opowieść pokazująca jak powinny wyglądać komiksy akcji z „Zielonym” w roli głównej. Pomimo tego, że nie ma tu zbyt wiele nowych pomysłów czy rozwiązań fabularnych, świetnie się to czyta. Rysunki też są z pierwszej ligi. Umieszczenie Hulka w takim świecie i w takiej sytuacji doskonale się sprawdziło.

„Daredevil: Born Again” – Frank Miller i David Mazzucchelli dają nieźle popalić. Po przeczytaniu żałowałem tylko jednego – że jeszcze nie dane mi było mieć w rękach „Batman: Year One” tego samego duetu. Fabularnie to jeden z najlepszych tytułów Marvela jakie czytałem. Rysunki też są klasą samą w sobie (kilka pojedynczych ramek zwaliło mnie wręcz z nóg).

„Invincible Iron Man: Five Nightmares” – jak do tej pory największe zaskoczenie Kolekcji. Komiks w pewnym sensie jest alternatywnym sequelem pierwszego filmu o Iron Manie – głównym przeciwnikiem Starka jest syn Obadiaha Stane’a. Sam Tony stoi na czele S.H.I.E.L.D., nadal jest niestrudzonym playboyem, ma problemy z alkoholem i przy okazji musi sobie poradzić z kryzysem w skali światowej. Wisienką na torcie jest ostatni rozdział, w którym pojawia się Spider-Man. Relacje i dialogi obydwu bohaterów dobitnie pokazują, że filmowi „Avengersi” byliby jeszcze lepsi z Człowiekiem Pająkiem.

Apdejt #2

Komiks

Batman: The Court of Owls„Batman: The Court of Owls” („Batman: Trybunał Sów”)

W końcu przeczytałem drugi tom polskiego wydania. Po pierwszym byłem zachwycony, teraz entuzjazm nieco opadł. To nadal jest świetny Nietoperz, ale druga połowa historii straciła już trochę na impecie. Koncept Trybunału, jego historia i powiązania z rodem Wayne’ów podobają mi się, stroje i ekwipunek Szponów jeszcze bardziej, ale zwłaszcza pod koniec twórcy nie uciekli od wtórności. W sumie żadne zaskoczenie – ostatecznie jest to restart serii. Mimo wszystko liczyłem na więcej. Ciekawe wątki ojca Alfreda i Mr. Freeze’a, którego zawsze uważałem za nudnego – duży plus za to.

Curse of the Worgen„World of Warcraft: Curse of the Worgen”

Bodaj pierwszy przeczytany przeze mnie anglojęzyczny komiks. W 2012 Egmont próbował wydawać tytuły ze świata Warcrafta, skończyło się na dwóch zbiorczych numerach. Ciekaw jestem jak bardzo niska była sprzedaż. Zarówno vol. 1 i 2 (podejrzewam, że 3 i 4 również) oraz „Curse of the Worgen” to typowa rozrywkowa pulpa, ale mimo wszystko szkoda, że seria nie przyjęła się w Polsce, bo od czasu do czasu lubię się odprężyć przy czymś lekkim. Fani dodatkowo wyłapią smaczki i co najmniej kilka znanych postaci, które przewijają się na drugim planie lub w tle opowieści. Jeśli chodzi o scenariusz, to CotW stoi na nieco wyższym poziomie. Miejscami panuje tylko za duży chaos. Ewentualnie odczucie zamieszania było spowodowane czytaniem w obcym języku. Graczom polecam, chociażby dla zaspokojenia ciekawości. Nie-gracze niech sięgną tylko, jeśli są fanami medium.

The Winter Soldier (comic)„Captain America: The Winter Soldier” („Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”)

Z Kapitanem miałem jak z Supermanem – zbyt jednowymiarowa i grzeczna postać żeby się nią interesować. W dodatku prawie w ogóle nie znałem historii i nie przeczytałem żadnego „dedykowanego” tytułu – tylko okazjonalne gościnne występy u innych superbohaterów. „Zimowy Żołnierz” pokazał mi, że oczywiście jestem ignorantem. Nie jest to arcydzieło, ale historia jak najbardziej ciekawa. Główny bohater jest bardzo dobrze przedstawiony, dzięki czemu mogłem w końcu zobaczyć na czym ta postać tak naprawdę polega. Losy Buckiego i jego zmartwychwstanie (nie, to nie spoiler) nieźle przemyślane i trzymające się kupy.

Film

/The Winter Soldier (film)„Captain America: The Winter Soldier”

Miałem obawy czy to będzie dobre. Na szczęście bezpodstawne. Lepszy niż pierwsza część i sporo lepszy od Thorów (które straciły w moich oczach po premierze sequela). Ba, „Winter Soldier” spokojnie może rywalizować z Iron Manem. Wyszedł bardzo dobry szpiegowski sensacyjniak (użycie słowa „thriller” byłoby sporym nadużyciem). Zmiany w stosunku do komiksu absolutnie nie zaszkodziły, akcja jest wartka i efektowna. W tym miejscu chciałbym po raz n-ty wypomnieć zbędne 3D, dzięki któremu obraz jest ciemniejszy i szybkie sekwencje będą się lepiej prezentować na Blu-Rayu. Falcon dobrze wprowadzony i już widać, że łatwo się zaaklimatyzuje w ekipie. Z drugiej strony w drugich Avengersach będzie jeszcze mniej czasu dla poszczególnych bohaterów.

Następnym superhero na jakie pójdę będą X-Meni, ale w międzyczasie na pewno trafi się coś interesującego, nie będącego adaptacją komiksu. Na razie jednak nie wychodzę poza klimat – obecnie na tapecie mam wywiad-rzekę z Alanem Moorem i na pewno dam znać kiedy go skończę.

Apdejt #1

Trzy zaległe FSF wcześniej czy później na pewno się ukażą. Przez luty byłem kolejno: zalatany, trochę wybrakowany czasowo, a następnie pozbawiony chęci pisania czegokolwiek z różnych przyczyn. Aczkolwiek przez cały ten okres obejrzałem sporo filmów oraz dokończyłem jedną książkę i zbliżam się do końca drugiej. Ostatnie dni z kolei to renesans Diablo III, o czym będzie za chwilę.

Gry

Naszej WoWowej gildii udało się położyć Garrosha (dla mnie po raz pierwszy) oraz liznąć trochę heroic mode’ów, jedna próba zakończyła się sukcesem. Ogólnie Siege of Orgrimmar to bardzo udany rajd – wszystkie kluczowe cechy spełniły moje wymagania. Granie tam sprawiało mi przyjemność przez większość czasu i o to chodzi. Nadal brakuje mi trochę więcej fabuły/questów powiązanych z największymi instancjami. Biorąc jednak pod uwagę przeszłe i obecne doświadczenia, a także zapowiedzi oraz wypowiedzi Blizzarda, nie należy mieć wygórowanych wymagań w tym względzie. Trzeba czekać na Wiedźminy i inne RPGi, żeby zaspokoić apetyt na wciągające i dobrze napisane historie.

We wtorek 25 lutego premierę miało w końcu Diablo III. Bo nikt mi nie wmówi, że odbyła się ona ponad półtora roku temu. To była ledwie beta, która po 3-4 miesiącach okazała się grą w farmienie golda. Teraz, wraz z Lootem i Paragonem 2.0, wreszcie jest to diament, jakim powinien był być od początku. Nareszcie wypadają sensowne przedmioty, *nareszcie* mogę z czasem zwiększać sobie poziom trudności – tuż po patchu słusznie wybrałem Expert (mój dps był żałosny), a obecnie biegam na Torment II. Wróciło to uczucie „jeszcze jednego checkpointa/questa, bo a nuż coś fajnego wypadnie”. Paragon 2.0 też bardzo mi się podoba – nie masz szczęścia do itemów z crit/LoH/czymkolwiek? Zresetuj punkty w drzewku i włóż w to, czego potrzebujesz. Zwiększenie pola manewru co do buildów – mów mi tak jeszcze. No niesamowite jak spieprzyli tę grę wcześniej i jeszcze raz ogromny szacunek, że przyznali się do błędu i właściwie już naprawili szkody. Wyczekuję dodatku (który przyniesie kilka kolejnych fajnych rzeczy) z niecierpliwością.

Filmy i seriale

„Pod Mocnym Aniołem” – solidny Smarzowski. Nie tak dobry jak w „Domu złym” czy „Drogówce”, ale nadal sporo powyżej przeciętnej. Jego stali aktorzy w kolejnych bardzo dobrych rolach.
„12 years a slave” – świetne zdjęcia i aktorstwo, mocny, przejmujący. Osobiście przez większość czasu szukam czegoś innego w kinie, ale nie zmienia to faktu, że takie filmy są potrzebne i warto na nie chodzić.
„American Hustle” – najbardziej przereklamowany film jaki oglądałem od nie pamiętam kiedy. Fajnie przedstawiony klimat lat 70., świetny dobór piosenek i wspaniały epizod Roberta de Niro. Jeśli o niczym nie zapomniałem, to na tym koniec. Chyba w trivia na imdb wyczytałem, że David O. Russell „is all about characters”. Bitch, please. Improwizowane sceny doprowadziły do tego, że scenariusz przypomina arbuza rozstrzelonego obrzynem po ścianie. Zero wiarygodności, jakieś cyrki wyprawiane przez Bradleya Coopera. Jedno wielkie WTF.
„Her” – cudo. Chciałbym w tym miejscu napisać kilka zdań z cyklu „Opowieści z sali kinowej”. Przede mną siedziały cztery kobiety, od których strony przez cały seans co jakiś czas dobiegał śmiech zażenowania. Kiedy zapaliły się światła widać było, że ledwo wysiedziały do końca i generalnie nie były zadowolone. Za mną siedziała para. Przez jakieś ostatnie 20 minut ona szlochała non-stop i jeszcze na napisach końcowych towarzysz nie mógł jej uspokoić. Magia kina… Oraz różne wrażliwości i interpretacje ;-) Na dzień dzisiejszy dzieło Jonze’a jest dla mnie filmem roku.
„Jack Strong” – polskie kino rządzi. „Tożsamość Bourne’a” to to nie jest, ale absolutnie nie mamy się czego wstydzić i naprawdę niewiele brakuje do światowego poziomu (jeśli w ogóle).
„This is the End” – Seth Rogen i spółka w kolejnej nerdowskiej komedii. Śmiesznie, ale bez rewelacji.
„The World’s End” – Trio Wright-Pegg-Frost po raz kolejny okazało się gwarantem śmiesznego i niegłupiego kina. Oprócz swoich regularnych znaków firmowych tym razem całość polali sporą ilością sentymentalnego sosu. Wyszło pysznie.
„Marvel One-Shot: All Hail the King” – nie chcę spoilerować, więc napiszę tylko, że końcowy twist jest tak samo genialny jak Ben Kingsley w swojej roli.
„Philomena” – pod paroma względami podobny do „12 years a slave” – też poruszająca prawdziwa historia, ale bardziej intymna. Znakomita Judi Dench.
Udało mi się też obejrzeć „Gravity” na dużym ekranie i w 3D po raz drugi. Nie stwierdziłem zmniejszenia siły oddziaływania na mnie tego obrazu. Bardzo mnie również ucieszył Oscar dla Price’a za ścieżkę dźwiękową.

Po słabych recenzjach odpuściłem „Monuments Men”, waham się z pójściem na „Inside Llewyn Davis”.

Seriale. Jack is back! W maju nowe wcielenie „24”, więc tak na chybił trafił zapuściłem sobie pewnego dnia 11-ty odcinek drugiego sezonu. Poszło z górki, obecnie jestem na 8-mym trzeciego i nie przestanę dopóki mój organizm nie zacznie wołać „dość!”. Zaczął się też drugi sezon „Vikings”, ale skłaniam się ku poczekaniu na całość żeby nie cierpieć tydzień w oczekiwaniu na nowy epizod.

Komiks

A właściwie książka o komiksie. „Niezwykła historia Marvel Comics” Seana Howe to zaiste niezwykła lektura. Losy wydawnictwa i ludzi z nim związanych przedstawione bez upiększania. Plus wypowiedzi zebrane z setek wywiadów. Pozycja obowiązkowa dla każdego fana obrazków z dymkami i nie tylko. Na uwagę zasługują chociażby same skomplikowane relacje Stana Lee i Jacka Kirby’ego, demitologizacja charakteru wiecznego wesołka tego pierwszego oraz niekończące się wojny o prawa autorskie pomiędzy prawie każdym pracownikiem a firmą.

„The Wolf of Wall Street” („Wilk z Wall Street”)

„On a daily basis I consume enough drugs to sedate Manhattan, Long Island, and Queens for a month. I take Quaaludes 10-15 times a day for my „back pain”, Adderall to stay focused, Xanax to take the edge off, part to mellow me out, cocaine to wake me back up again, and morphine… Well, because it’s awesome.”

The Wolf of Wall Street
„Kasyno” z młodszą obsadą i w innym środowisku. Co absolutnie nie jest wadą. Wygląda na to, że ulubioną tematyką Martina Scorsese są losy indywiduów, którzy dorabiają się fortun w mniej lub bardziej legalny sposób (przeważnie mniej… właściwie to zawsze mniej, ale tak zdanie brzmi lepiej ;-)), po czym zaczynają tracić kontrolę nad swoim sukcesem, rodziną, przyjaciółmi i przede wszystkim sobą. Leonardo DiCaprio w roli Jordana Belforta daje kolejny aktorski popis, zaś Jonah Hill wraz z liczną ekipą drugoplanową dzielnie dotrzymują mu kroku.

Jak zwykle w przypadku tego typu filmów Scorsese, jest głos z offu głównego bohatera, mnóstwo rozbudowanych dialogów oraz scen, które śmieszą, a które tak naprawdę powinny nas straszyć. Autentycznie śmiesznych też jest trochę. W tle przewija się również temat, który obszerniej i poważniej potraktowano w „Margin Call”. Wniosek (nieodkrywczy) jest jednak ten sam – giełda to jedna wielka ściema, a zarabiają tam tylko najsprytniejsi.

Jedyną wadą, którą wytknął niezawodny Quentin, jest 45-60 końcowych minut. Ostatni akt jest zbyt rozwleczony, ma się wręcz wrażenie, że sztucznie przedłużany. Mimo tego trzy godziny seansu mijają bardzo szybko i zdecydowanie warto „Wilka…” obejrzeć. 8/10