GSM #23: Marcin Przybyłowicz – The fields of Ard Skellig (Wiedźmin 3: Dziki Gon)


Wszystkie cztery bonusowe kawałki z soundtracku (pozostałe trzy do odsłuchania tutaj) są świetne, ale wybrałem powyższy, bo dobrze kontrastuje z trailerem, w którym działo się bardzo, bardzo dużo. Zachęcam do „odpłynięcia” na Wyspy Skellige i podziwiania widoków :-)

GSM #22: Derek Duke – Reaper of Souls (Diablo III: Reaper of Souls)


Soundtrack z „podstawki” średnio mi się podobał. Żaden z utworów nie zapadł mi też w pamięć. Jeśli chodzi o całokształt, „Reaper of Souls” prezentuje się nieco lepiej. Nie jest co prawda rewelacyjnie, ale przynajmniej dwa kawałki bardzo mi się podobają – powyższy z intra oraz „Chains of fate”. Muszę też dodać, że w trakcie rozgrywki niektóre nagrania sporo zyskują. Na przykład taki „Urzael” zrobił na mnie duże wrażenie, ale słuchany osobno okazał się rozczarowaniem (aczkolwiek pierwszych 30 sekund mogę słuchać na okrągło). Szkoda trochę zmarnowanego potencjału.

O moich wrażeniach z patcha 2.0 już pisałem, więc dodam tylko kilka słów. Walka z Malthaelem na totalnym luziku przebija walkę z Diablo. Fajniejsza mechanika, tak samo jak aspekty graficzne. Na razie co prawda położyłem go raz, więc pewnie mi się znudzi za jakiś czas, ale faktem pozostaje, że miałem dużo większą frajdę. Leveling przyjemniejszy – więcej dodatkowych podziemi/domów/pomieszczeń z krótkimi zadaniami, dodatkowym doświadczeniem i szansami na loot. Obecnie na tapecie mam Adventure mode i Nephalem Rifts, i też jest zacnie. Okazało się, że można – Diablo III wróciło do łask na dobre.

Co dalej z Game Soundtrack Monday?

GSM zmienia się w nieregularnik. Zwyczajnie skończyły mi się soundtracki i/lub gry o których mam coś do powiedzenia. Mógłbym wrzucić jeszcze co najmniej kilka utworów z WoWa, obydwu Wiedźminów i 8-bitowych plumkań, ale nie ma to większego sensu – cykl ten nie ma służyć zamieszczaniu całych ścieżek dźwiękowych, tylko od jednego do trzech moich ulubionych albo reprezentatywnych kawałków z danego tytułu. Co prawda zarówno Warcraft jak i Witcher mają trochę więcej niż trzy, ale wtedy z kolei byłoby zbyt monotematycznie. Z atarowymi piskami też nie chcę przesadzać, ale one na pewno tu jeszcze wrócą. Na chwilę obecną przewiduję, że kolejny odcinek pojawi się za tydzień albo dwa. Później od czasu do czasu, w zależności czy będę w stanie zagrać w coś nowego (albo raczej starego). Po raz kolejny też przypominam, że jestem otwarty na propozycje.

FSF jest niezagrożony. Mogą być sporadyczne obsuwy, ale akurat ta studnia pozostanie głęboka jeszcze bardzo długo.

GSM #21: Michał Cielecki, Krzysztof Wierzynkiewicz – Too many to kill them all (Bulletstorm)


„Bulletstorm” to woda na młyn dla wszystkich fanatycznych wrogów gier komputerowych – tytuł, w którym chodzi głównie o to, by jak najefektowniej zabijać przeciwników. Im większa jatka, tym więcej zdobywamy punktów. Kopnąć wroga, który nadzieje się na kaktusa lub zostanie pożarty przez zmutowaną, mięsożerną roślinę, złapać energetyczną smyczą i rzucić na kolczaste ogrodzenie, okręcić dwoma granatami połączonymi łańcuchem, po czym wepchnąć nieszczęśnika w skupisko jego kumpli i zdetonować. Przykłady można mnożyć. Nie muszę chyba dodawać, że to tylko rozrywka (dla dorosłych), a przemoc jest tak samo przerysowana jak chociażby w „Kill Billu”. Całość dopełnia klnący gorzej niż szewc główny bohater, którego fizjonomia jest aż zbyt nachalnie wzorowana na Wolverinie.

Gra polskiego studia People Can Fly (obecnie przemianowanego na Epic Games Poland) była powiewem świeżości w FPSach. Co prawda nie w multiplayerze, którego niedostatki były bodaj główną przyczyną słabej sprzedaży w stosunku do oczekiwań (jednego milion egzemplarzy wprowadzi w ekstazę, drugiego w depresję). Osobiście gry wieloosobowej nie tknąłem, ale z singla miałem mnóstwo zabawy. Sama pomysłowość i oryginalność broni wywołuje szeroki uśmiech – wspomniana energetyczna smycz, którą można robić cuda i granatnik wystrzeliwujący dwa pociski złączone łańcuchem, czy czterolufowy shotgun lub snajperka ze sterowalnymi nabojami. Arsenał ten w połączeniu z często śmiercionośnym otoczeniem stanowi mieszankę wybuchową.

Bardzo satysfakcjonująca rozgrywka, którą trzeba brać z przymrużeniem oka, kłóci się miejscami z nazbyt poważną fabułą. Tak jakby nie podjęto jednoznacznej decyzji w którą stronę pójść. Z czasem też eksterminacja kolejnych zastępów przeciwników staje się mimo wszystko trochę powtarzalna. Ale tylko trochę. Na tym można zakończyć wymienianie wad (przynajmniej kampanii dla pojedynczego gracza). Niedoceniony przez graczy tytuł, z którym warto się zapoznać.

GSM #20: Rob Hubbard – Human race (tune 4) (The human race)


Był już Gilmore, był Husak, pora na gościa, który chyba jako pierwszy pokazał światu potencjał 8-bitowej muzyki. Rob Hubbard wyciskał wszystko co było możliwe i jeszcze trochę z ówczesnych chipów dźwiękowych. Jego kompozycje towarzyszyły mi przez cały „atarowy” okres i jak już wiecie, wracam do nich regularnie po dziś dzień.

Tak jak pisałem przy poprzedniej okazji – istnieje mała szansa, że takie brzmienie spodoba się komuś, kto za dziecka nie miał z nim styczności, więc może uwspółcześniona przeróbka przypadnie komuś do gustu:

Fakt, że powstało i nadal powstaje tyle remixów, świadczy o tym, że minie jeszcze sporo czasu nim 8-bitowa muzyka zostanie zapomniana.

GSM #19: Eric Brosius – Command 3 (System Shock 2)


Kolejna, zaliczana do klasyki gra, w którą nie grałem. Znaczy grałem przez jakąś godzinę kilkanaście lat temu, ale jeśli dobrze pamiętam to nie na swoim komputerze, a później nie było okazji do niej wrócić (możliwe też, że była to pierwsza część). Jedyne co wryło mi się w pamięć to klaustrofobiczny, straszny klimat. Na razie czeka od kilku miesięcy na gogowej półce. Obydwa „System Shocki” dzieją się w cyberpunkowej rzeczywistości, więc dobrze by było zapoznać się chociaż z jednym z nich przed premierą „Cyberpunka 2077” CD Projektu. Tym bardziej, że tytuły te uznawane są za absolutnie nowatorskie, przełomowe i ciągle, po wielu latach, będące wzorem dla podobnych produkcji. Warto również przeczytać artykuł o Looking Glass Studios – twórcach pierwszej oraz współtwórcach drugiej części. Szkoda, że tak wizjonerskie studio upadło. Pocieszeniem jest jednak to, że ludzie z tej ekipy znaleźli pracę gdzie indziej i dzięki temu mamy chociażby „Deus Exy”.

Co do soundtracka to został przesłuchany przeze mnie już kilka razy i muszę przyznać, że dobrze trafia w cyberpunkowy (szybkie, wręcz „rąbankowe” utwory) oraz horrorowy nastrój (wolne, ambientowe kawałki).

GSM #18: Michael Hoenig – Main title (Baldur’s Gate 2: Shadows of Amn)


Podobnie jak w przypadku „Falloutów”, przygodę z „Baldur’s Gate” również zacząłem od drugiej części. Do jedynki podchodziłem kilka lat temu, ale oczywiście jej nie skończyłem. Może za drugim razem mi się uda, tak jak to było z „Planescape: Torment”.

„Baldur’s Gate 2: Shadows of Amn” zawsze jest wymieniana we wszelakich zestawieniach gier wszechczasów i nie pamiętam by (całkowicie słusznie) plasowała się niżej niż pierwsza dwudziestka, czasami nawet dziesiątka. Historia jest świetna, postacie wyraziste (aczkolwiek trochę wyżej w tych względach stawiam wspomnianego „Planescape’a”), a antagonista w postaci Jona Irenicusa zapada w pamięć na zawsze. Pozycja obowiązkowa, tak jak kilka innych tytułów BioWare (które są u mnie w kolejce, ale o tym nieco więcej w czwartek).

Okazuje się, że z muzyką to całkiem ciekawa historia jest. Michal Hoenig napisał soundtracki do „jedynki”, dodatku do niej – „Tales of the Sword Coast” i właśnie do „dwójki”. Po czym zniknął ze sceny. Komponował przez kolejne cztery lata ścieżki do filmów by bodaj całkowicie porzucić zawód (zarówno imdb jak i wikipedia milczą na temat dokonań po 2004 roku). Dziwna sprawa, bo czytając jego biografię okazuje się, że miał na swoim koncie co najmniej kilka znaczących dzieł. Wliczając w to muzykę do drugiego „Baldura”, której słucha się bardzo przyjemnie.

GSM #17: Dan Wentz – Joshua chapter I (Freespace 2)


W pierwszego Freespace’a grałem o wiele więcej, ale na gogu jest soundtrack tylko do drugiej części. Obydwie gry są znakomite i słusznie zaliczane do klasyki. Fabułę „jedynki” pamiętam już mgliście i nie wiem czy przetrwała próbę czasu, ale jestem pewien, że grywalność nadal jest wybitna. Grafika i dźwięk jak na tamte czasy również stały na najwyższym poziomie. Spora różnorodność misji, nie przesadzenie z ilością elementów tradycyjnego symulatora (dla niektórych może to być wada, ale nie dla mnie – nigdy nie przepadałem za tym gatunkiem), duży wybór statków i uzbrojenia, możliwość wydawania poleceń skrzydłowym (z dobrym AI, a nie będących kompletnymi idiotami), jest nawet swoisty system osiągnięć w postaci medali za sprawność na polu walki. Wszystko to składa się na świetną serię, w którą można z czystym sumieniem zagrać dzisiaj, po kilkunastu latach od premiery.

GSM #16: Jakub Husak – Inside (Inside)


„Inside” to produkcja z kraju nad Wisłą. Była to gra logiczna, w której sterowaliśmy małym pojazdem latającym po… wnętrzu komputera Atari i broniliśmy go przed wirusem. Pamiętam, że rozgrywka mnie przerastała i każdorazowo po kilku minutach włączałem jakąś standardową rąbankę. Muzyka jednak podobała mi się zawsze.

Jakub Husak jest żywą legendą polskiej sceny Atari. Nie jestem odosobniony w opinii, że nie tylko polskiej – jego utwory trzymają bardzo wysoki poziom i zaliczam je do moich ulubionych, tuż obok wspominanych kompozycji Gilmore’a i Hubbarda. W tym wywiadzie można przeczytać jak zaczęła się jego przygoda z Atari, tworzeniem muzyki i nie tylko. Kawałek historii rodzimej demosceny i kto wie czy nie rozwoju rynku komputerowego w naszym kraju w ogóle – w końcu to ci ludzie, z reguły będący samoukami, jeździli po tych wszystkich giełdach, organizowali pierwsze zloty użytkowników 8-bitowców oraz, co najważniejsze, sami tworzyli gry i dema.

GSM #15: Kyle Gabler – The City (Little Inferno)


W tego „indyka” również nie grałem, ale soundtrack był (i nadal jest) za darmo, więc dlaczego by nie posłuchać? Płyta jest króciutka, raptem 23 minuty, ale bardzo przyjemna i trafiająca w klimat tej pory roku.

Dzisiaj zrobiłem sobie prezent znajdując zbiór ponad 4600 utworów i dziwnych dźwięków z Atari oraz odtwarzacz z konwerterem do formatu .wav. Zgadliście, niedługo znów wrócimy do 8-bitowców.

Wesołych Świąt :-)