25. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi 2014

Na imprezie o takiej skali byłem pierwszy raz w życiu. W ogóle to dopiero mój trzeci konwent/festiwal – wcześniej, w tym i w zeszłym roku, zaliczyłem tylko dwie edycje Bałtyckiego Festiwalu Komiksu (relacje tu i tu). Nie jestem znawcą czy też „hardkorowym” komiksiarzem, ale pierwszej (i mam nadzieję, że nie ostatniej) wizyty Andreasa w Polsce nie mogłem odpuścić. Twórca ten jest jedną z głównych przyczyn, dla której do dziś czytam i zbieram zeszyty z obrazkami. Przy okazji chciałem również zobaczyć jak „emefka” wygląda na żywo.

Festiwalowi towarzyszyła część poświęcona grom komputerowym, o której wspomnę pod koniec.

Zacznę od minusów, które niestety rzuciły trochę cienia na całą wyprawę (350 km w jedną stronę). Jak na imprezę, która przyciąga tysiące fanów i ma w nazwie określenie „międzynarodowy”, to organizacja była po prostu fatalna. W sobotę przyszedłem wcześniej i kolejka po bilety nie dała mi się we znaki, ale widziałem zdjęcia i czytałem relacje ludzi czekających kilkadziesiąt minut na wejście. Jedna kasa biletowa, brak możliwości kupna biletu w piątek (byłem, pytałem), brak wydzielonych alejek ze słupków i taśmy oraz wystawcy i organizatorzy wchodzący głównym wejściem, przy którym już tłoczyli się widzowie (w pewnym momencie dało się nawet słyszeć podniesione, nerwowe głosy). Już ten początek nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia.

No i oczywiście sprawa z autografami. Pierwszy dzień festiwalu był dla mnie pod tym względem stracony, ale sam jestem sobie winien. Informacja o systemie numerków pojawiła się na stronie kilka dni przed wydarzeniem i po prostu ją przegapiłem. Mówi się trudno, jest jeszcze niedziela. Drugiego dnia najpierw przyszło zaniepokojonie, kiedy jeden z uczestników wyszedł z inicjatywą listy kolejkowej, bo podobno były osoby, które dostawały się na Arenę wcześniej, zapewniając sobie przewagę. Lista miała pomóc w ewentualnych negocjacjach z organizatorami. Wpisałem się, co mi szkodzi – byłem na początku czwartej dziesiątki. Po wejściu i udaniu się szybkim krokiem na płytę zobaczyłem, oprócz tych trzydziestu paru osób stojących przede mną na zewnątrz, jakąś kolejną trzydziestkę ludzi. Numerki do Andreasa skończyły się kiedy byłem osiemnasty. Organizatorzy nie widzieli nic złego w tym, że kilkadziesiąt osób było wewnątrz jeszcze przed oficjalnym otwarciem.

System w teorii bardzo sensowny okazał się nieporozumieniem przez brak jakiejkolwiek kontroli. Samo wydawanie też szło powoli – jedna osoba rozszyfrowywała skróty jakimi oznaczeni byli poszczególni twórcy, a druga odcinała nożyczkami kolejne kupony z numerami. Jeśli jest jakiś regulamin na zorganizowanej imprezie, to oczekiwałem od niego traktowania sprawiedliwie wszystkich zainteresowanych. Nie miało to jednak miejsca. Jest to doświadczenie, które zapamiętam na przyszłość.

Poza tym było super.
plyta 02 Ze względu na ograniczone fundusze wielkich zakupów nie zrobiłem: Hawkeye vol. 1 Fractiona i Aja (Aji?) (co chwilę mi ktoś go polecał, był od dawna w planach), książka Piotra Mańkowskiego „Cyfrowe marzenia” oraz komiks „Umarłem na Gibraltarze” ze scenariuszem tegoż i rysunkami Tomasza Kleszcza. Obydwie pozycje podpisane przez naczelnego wskrzeszonego Secret Service, w komiksie również rysunek.

Zaliczyłem też spotkanie z dawno nie widzianym kumplem oraz kilka ciekawych paneli. Pierwszy z nich to „Kanon Komiksu”. kanon komiksu Taki tytuł nosi nowa seria Egmontu – 12 albumów, „które wypada znać”. Bardzo fajna inicjatywa mająca na celu przyciągnąć nowych czytelników. Jest patronat medialny, który ma akcję rozreklamować, a Empik ma zapewnić odpowiednio widoczną ekspozycję. Dyskusja też była ciekawa – dlaczego takie, a nie inne tytuły, dlaczego dwanaście, dlaczego brakuje mangi oraz innych autorów. Ta kolekcja pokazuje też ogrom moich zaległości – znam tylko cztery pozycje. Muszę też zapamiętać nazwisko Scott McCloud, o którym wspomniał Jakub Demiańczuk, zachwalając jego książkę „Understanding Comics”.

Na panelu poświęconym 75-leciu Batmana nie dowiedziałem się wielu nowych rzeczy, ale spotkanie miało miłą atmosferę. Warto zaznaczyć, że sala podczas tego wykładu była wypełniona po brzegi – dowód, że Nietoperz cały czas cieszy się ogromną popularnością.

Spotkanie z Jeanem van Hamme nie zdołało mnie zainteresować. Dopadło mnie też zmęczenie i po 20 minutach wyszedłem i wróciłem do hostelu.

Drugiego dnia, po dotarciu na spotkanie ze Śledziem trafiłem na panel… Grzegorza Rosińskiego.
rosinski 02 Kolejna organizacyjna wpadka – nastąpiła zmiana w programie, o której zdawał się wiedzieć tylko rysownik Thorgala, siedział za stołem i czekał. W międzyczasie widziałem jak kilka osób podaje komiksy do podpisania. Nie wahałem się ani chwili i tak oto też zdobyłem autograf jednego z moich ulubionych twórców. Prowadzący zjawił się po kilku minutach, wyraźnie zaskoczony zmianą rozkładu jazdy, ale nie przeszkodziło mu to przeprowadzić bardzo interesującej rozmowy.

Potem przyszła kolej na Śledzia.
sledziu 02 Można było się dowiedzieć, że będą kolejne rysunki w Secret Service, że pracuje na etacie w studiu Human Ark, że będzie kolejne zbiorcze „Osiedle Swoboda” i jest spora szansa na Osiedlowy serial animowany (albo film – pamięć mam dobrą, ale krótką). Na pierwszym, „poProduktowym” numerze „Osiedla” udało mi się zdobyć rysunek autora.

No i na koniec spotkanie z Andreasem, który przybył z kolorystką Isą Cochet.
andreas 01 Twórca „Rorka” posługiwał się płynną angielszczyzną z lekkim niemieckim akcentem. Opowiadał o szkole i początkach w komiksie, o technikach jakich stosuje (nic cyfrowego), o swoim systemie pracy (wstaje o 6 i systematycznie pracuje kilka godzin z przerwami) czy o tym, że gdyby 20 lat temu przyszła oferta z DC Comics, to mielibyśmy co najmniej kilka albumów z Batmanem z mistrzowskimi rysunkami. Andreas sprawiał wrażenie cichego, skromnego człowieka. Na zakończenie dostał od prowadzącego ładnie oprawione pierwsze wydanie Rorka z Komiksu Fantastyki z 1989 roku. Autor pewnie nie zdaje sobie sprawy, ale dla mnie i zapewne dla wielu innych to bardzo symboliczny prezent – ten album to absolutne początki mojego zainteresowania tym medium.

W trakcie czułem się trochę rozczarowany słabą organizacją i sytuacją z tymi nieszczęsnymi autografami, ale ogólnie festiwal oceniam pozytywnie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku impreza będzie bardziej dopieszczona i sprawi wszystkim jeszcze więcej radości.

Na koniec obiecane kilka słów o części growej MFKiG. Tutaj też nie obyło się bez kłopotów. Ekrany rozstawione wokół widowni, które miały pokazywać rozgrywki z turniejów (Starcraft II, DOTA 2, LoL, Hearthstone, Counter Strike), pierwszego dnia pokazywały tylko logo organizatora, plakat festiwalu lub rozgrywkę w Sapera, którą operator projektora chciał trochę rozbawić publiczność. Oświetlenie też chyba wysiadło, bo było zdecydowanie za ciemno. Zwłaszcza, że również na płycie była strefa autografów. W niedzielę problemy techniczne zostały już zażegnane i obejrzałem finał karcianki Blizzarda. Ekran z LoLem też działał i przyciągnął dużą widownię. Połączenie komiksu i gier przeszkadzało mi tylko w jednym aspekcie – więcej paneli, których nie można pogodzić z pozostałymi punktami tak napakowanego programu.

Debiut

Przeczytajcie zanim zaczniecie oglądać. Poziom powyższej „produkcji” jest niski, więc zrozumiem, jeśli nie dotrwacie do końca. Zwłaszcza, że wyszło dłużej niż przewidywałem. Chciałem się zmieścić w 30-40 minutach, jest prawie godzina. Pierwszy i najpoważniejszy błąd – nie sprawdziłem wcześniej jak głośno jest gra, powinienem był ją jeszcze bardziej przyciszyć, żeby było mnie wyraźniej słychać. Mam nadzieję, że dacie znać jak jest u Was z dźwiękiem, bo na tym muszę głównie skupić uwagę w kolejnych nagraniach. Lepszy mikrofon to będzie drugi w kolejności, po karcie graficznej na Wiedźmina 3, zakup. Aczkolwiek sądzę, że ten daje radę. Kwestia dopieszczenia ustawień dla każdej gry i poprawy mojej dykcji. Oczywiście byłem stremowany co zapewne z miejsca rzuca się w oczy, a raczej na uszy. Zacinałem się i motałem, ale to akurat mi nie przeszkadza, bo byłem na to przygotowany. Każda konstruktywna krytyka będzie bardzo mile widziana.

Powtórzę to, co napisałem w opisie na youtube – dobrze, że to video jest takie marne, bo po pięćdziesiątym będzie można łatwo stwierdzić czy jest poprawa :-P

Co dalej?

Ostatnie miesiące to bardzo mała aktywność na tej stronie (mniejsza z tym, że od zawsze było z tym co najwyżej średnio). Od około dwóch i pół miesiąca nie było też żadnego FSF. Dlaczego? Krótko mówiąc straciłem serce i resztki zapału jakie miałem do pisania tutaj regularnie. „Regularnie” śmiesznie brzmi kiedy skonfrontuje się to z ilością wpisów, ale FSF i GSM właśnie to miały za główny cel.

Może jednak od początku. Obiecywałem sobie, że nigdy nie będę się tutaj wyzewnętrzniał, ale tym razem bez tego się nie obejdzie. Zwłaszcza, że Wam kilkoro, którzy tutaj zaglądacie, zwyczajnie należą się wyjaśnienia. Kiedy zacząłem prowadzić tę stronę ciągle powtarzałem sobie, żeby po prostu pisać i nie przejmować się ilością czytelników. Jednak nieustannie gdzieś z tyłu głowy kręciła się myśl, że wkrótce będę miał setki odwiedzających i będzie zajebiście. No co poradzisz na podświadomość? Albo może naiwność i głupotę? Na szczęście wyleczyłem się z tego jakiś czas temu. Rzeczywistość wcześniej czy później stawia mnie do pionu. Faktem jednak jest (i trochę paradoksem), że strona przez to znowu straciła – motywacja znacząco spada, kiedy wiesz, że przeczyta cię pięć osób, a więcej nie przybędzie, bo nie piszesz. Cytując klasyka „czyli tak zwana kwadratura koła”.

Tak oto dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Ostatnie pół roku nie było dobre dla mojej kondycji psychicznej. Doprowadziło to do tego, że w lipcu wypadłem z regularności, po miesiącu przestało mi zależeć. Walczyłem z sobą, żeby bardziej się przyłożyć, ale jak doskonale widać – bez skutku. Od września nosiłem się z myślą żeby po prostu wszystko skasować i dać sobie spokój. Nie zrobię tego, bo jednak dobrze mieć miejsce, tudzież wentyl bezpieczeństwa, gdzie można co ważniejsze rzeczy opublikować, dać ujście emocjom (wpis o Xboksowej kolekcjonerce Wiedźmina 3 jest tutaj najlepszym przykładem) i tym podobne. Miałem i wciąż mam plany oraz pomysły na nową zawartość, ale czy kiedykolwiek dojdzie do ich zrealizowania? Zwyczajnie nie wiem.

Podejrzewam, że części z Was nie przeszkadza zbytnio, że aktywność spadła jeszcze bardziej. Tym, którym wprost przeciwnie, nie mogę nic obiecać. Może będzie tu za jakiś czas nieco więcej, może nadrobię zaległe FSF, a może będzie jak teraz albo jeszcze mniej. Tak czy inaczej zostaliście uprzedzeni. Do następnego.

Zaczęły się przygotowania do aktorskiego filmu na podstawie prozy Andrzeja Sapkowskiego

Kilka godzin temu na gram.pl pojawił się taki news. Faktycznie, po wejściu na stronę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i kliknięciu tego odnośnika, na drugiej liście widnieje pozycja „14296/2014 / Wiedźmin / Tomasz Bagiński / Platige Films Sp. z o.o.”. Dosłownie jakieś pół godziny temu facebookowy fanpage Platige Image zamieścił coś takiego:

„Potwierdzamy.
Rozpoczęliśmy przygotowania do produkcji pełnometrażowego aktorskiego filmu fabularnego „Wiedźmin”, za który odpowiedzialny będzie Tomek Bagiński i ekipa Platige Films. Scenariusz powstanie w oparciu o prozę Andrzeja Sapkowskiego.
Projekt jest obecnie w fazie developmentu.”

Najpierw otworzyłem kalendarz i upewniłem się, że nie widnieje tam „1 kwietnia”. Szok i totalne zaskoczenie. Pierwsza reakcja to totalna ekscytacja i myśl, że to nie może nie wyjść. Nie po takiej porażce jaką była poprzednia adaptacja, nie z tym reżyserem, nie z tą firmą. Później jednak zdałem sobie sprawę, że mowa o polskim kinie, polskim budżecie, i że w takich warunkach nawet z taką ekipą wszystko może się spieprzyć. Doszła jeszcze świadomość, że to jeszcze nie pre-produkcja, bo scenariusza nawet nie ma.

No kurde, nie mogę się nadziwić, że rzucają się na film aktorski. Po przeczytaniu wiadomości z gram.pl moim najbardziej optymistycznym przypuszczeniem był jakiś CGI lub animowany krótki metraż. Najbardziej pesymistycznym szukanie kasy na coś w stylu dłuższego trailera czy innej zapowiedzi. Szok.

Do zdjęć daleka droga, do ostatniego klapsa jeszcze dłuższa. Mam naturalnie ogromne obawy, ale będę temu projektowi bardzo mocno kibicował. Mam nadzieję, że nie nadaremnie.

Każdy ma swoją cenę

CDPRed dołożył właśnie swoją cegiełkę do rozpowszechniania strategii dojenia fanów.

Branża gier nie może być w końcu gorsza od muzyki i filmów – wydania z dodatkowymi utworami, kilka rodzajów edycji kolekcjonerskich z różnymi bonusami (bo najbardziej zagorzali fani i tak kupią kilka wersji), wydania rocznicowe, promocyjne, ekskluzywne i chuj wie jakie. Poza tym to także koszmarny ruch PR – hejt już leci, opinia idzie w świat. Czy aż tak ciężko skojarzyć fakty, że jak się zgrywa buntowników, propaguje politykę „nie dla DRM i płatnych DLC”, to pomimo nie złamania żadnych obietnic (zapewnienia o równym traktowaniu wszystkich graczy tyczyły się zawartości w grze, nie fizycznych dodatków do kolekcjonerek), odzew będzie bardzo negatywny? Nie bolą mnie tak bardzo te dodatkowe fanty, których nie będę miał, ale zagrywka sama w sobie zabolała bardzo.

No bo tak. Jest sobie firma, robi świetne gry, jedne z najlepszych, jakie dane mi było widzieć. Dodatkowo robi masę fajnych rzeczy, innych od reszty branży, można nawet powiedzieć, że idą pod prąd. Najlepsze jest to, że na słowach się nie kończy, oni *faktycznie* robią co mówią. I teraz takie coś. Ogromny zawód.

Najzwyczajniej w świecie jestem wkurwiony.

chosen one

Intro Warlords of Draenor

Technicznie jak zwykle doskonale. Epicko też. Emocjonalnie jestem jednak obojętny. Pierwszy raz nie było ciarek, nie było momentu „ale urwał!”. Może się starzeję, może gdzieś w podświadomości tkwi myśl, że Blizzard ostatnio dawał trochę ciała z historią w Warcrafcie, może dlatego, że to orki, a ja gram Alliance (chociaż Hordę też trochę poznałem), może męczy mnie już trochę przerost formy nad treścią (nie tylko w WoWie). Na dodatek nadal czekam, ficzery jakie tam będą zapowiadają się świetnie. Jeśli chodzi o fabułę, to nie mam wielkich oczekiwań. W końcu przed Mists of Pandaria było (i nadal jest) tyle historii i postaci, które można ciekawie rozwinąć i poprowadzić, a Zamieć zdecydowała ogromną większość olać i kazała pomagać Pandarenom w ogródkach i na polach.

Światełkiem w tunelu i ognikiem nadziei jest jednak to:

Seria „Lords of War” wzbudza we mnie dużo większe emocje niż intro.

2014 w kinie (część druga)

Zgodnie z zapowiedziami, dokańczam przegląd interesujących mnie tegorocznych premier kinowych. Część pierwszą znajdziecie tutaj. Tradycyjnie w pierwszej kolejności posiłkuję się filmwebem, a następnie imdb.

Lipiec

Początek lata wygląda na bardzo słaby, trochę na siłę mogę wymienić trzy filmy:

  • „Frank” – bardzo dobra obsada, intrygujący trailer i niezłe oceny.
  • „Dawn of the Planet of the Apes” – pewnie bym poszedł, gdybym widział pierwszą część i gdyby pochwały, jakie o niej słyszałem, się potwierdziły.
  • „Hercules” – nie kupuję tego. Po trailerze przewiduję kaszanę, która o wiele lepiej się sprawdzi po dwóch piwkach na jakiejś domówce, niż w kinie.

Sierpień

  • „Guardians of the Galaxy” – słabe, nazbyt nastawione na komedię trailery. Wciąż mam mieszane uczucia, ale pójdę na pewno. W najgorszym przypadku będę świadkiem pierwszej wtopy filmowego Marvela.
  • „Teenage Mutant Ninja Turtles” – oglądało się kiedyś kreskówkę, oglądało. Wątpię jednak czy wyjdzie z tego coś przyzwoitego.
  • „The Expendables 3” – czy trzeba cokolwiek pisać?
  • „Boyhood” – ciekawy eksperyment, Linklatera zawsze warto obejrzeć. Dodatkowo zachęca kosmiczna ocena na metacritic (93/100).

Wrzesień

Październik

  • „Gone girl” – nowy Fincher w „swoim” gatunku, czyli thrillerze. Liczę, że utrzyma poziom jaki prezentował w „The Social Network” i „Dziewczynie z tatuażem”.
  • „Kingsman: The Secret Service” – Matthew Vaughn jeszcze mnie nie rozczarował i po trailerze wnoszę, że tym razem też stanie na wysokości zadania.

Są jeszcze dwa filmy godne uwagi, które nie mają polskiej daty premiery:
„Whiplash” – wątpię, że trafi do naszych kin, a szkoda.
„Birdman” – szansa nieco wyższa od zerowej, a szkoda jeszcze większa. Świetny trailer, a tematyka filmu wygląda na odniesienie do kariery samego Keatona, którego lubię od zawsze. Nie tylko za Batmana.

Listopad

  • „Interstellar” – nowy Nolan, czyli dla mnie absolutny „must see”.
  • „Fury” – amerykańska odpowiedź na „Czterech pancernych i psa” ;-) Zapowiada się nieźle.
  • „The Imitation Game” – biografia Alana Turinga, w roli głównej Benedict „Sherlock” Cumberbatch i kilka innych dobrych aktorskich nazwisk. Jak zwykle im bliżej końca roku, tym więcej filmów z kategorii „muszę obejrzeć”.

Dwa ostatnie tytuły nie mają jeszcze polskiej daty premiery.

Grudzień

  • „Exodus: Gods and Kings” – amerykańskie kino biblijne skończyło się chyba gdzieś tak w latach sześćdziesiątych, więc jestem ciekaw co z gatunkiem zrobi Ridley Scott. Zgodnie z kratką w jaką nagrywa filmy dobre i złe, teraz kolej na dobry.
  • „Hobbit: There and back again” – odmawiam używania podtytułu „Bitwa pięciu armii”. Serio, nie wystarczył wam skok na kasę w postaci rozbicia na trzy filmy i musieliście dołożyć „Atak klonów” w wersji fantasy? Ech…

Ostatnie trzy miesiące roku wydają się nieco luźne, zapewne jakieś premiery jeszcze dojdą. Osobiście nie narzekam, będę miał co oglądać w ciągu nadchodzących sześciu miesięcy.

FSF #42: Georg Friedrich Händel – Sarabande (Suita nr 4 d-moll HWV 437) (Barry Lyndon)


Stanley Kubrick to bez wątpienia jeden z mistrzów kinematografii. Perfekcjonista, wymagający nierzadko kilkudziesięciu dubli do jednego ujęcia, montujący i szlifujący filmy długimi miesiącami, zanim wreszcie mogły się doczekać premiery. Wszystkie obrazy tego reżysera, jakie widziałem, są absolutnie powalające jeśli chodzi o dopieszczone do granic możliwości zdjęcia. „Barry Lyndon” do wyjątków nie należy. Wydaje mi się, że jest mniej znanym dziełem od „Odysei kosmicznej”, „Lśnienia” czy „Mechanicznej pomarańczy”, ale wcale nie jest gorszy i warto się z nim zapoznać. Dla mnie to klasyk.

Relacja z Bałtyckiego Festiwalu Komiksu 2014

Za nami siódma edycja Bałtyckiego Festiwalu Komiksu. Po pozytywnych wrażeniach z zeszłego roku, nie mogłem odpuścić.
bfk2014_plakat
Tym razem zaliczyłem większość prelekcji i paneli, i muszę napisać, że wszystkie stały na co najmniej dobrym poziomie. No ale po kolei.

Piątek

Dzień mangowy – wszystkie spotkania poruszały temat komiksów rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Na miejsce przybyłem w połowie panelu o serii Naruto, na której temat toczyła się już ożywiona dyskusja.
naruto Jako że nie jestem jeszcze nawet debiutantem w tym gatunku, przez następnych kilka godzin chłonąłem tylko wiedzę.

Następna prelekcja podjęła temat różnych sztuk walki występujących w komiksie japońskim.
sztuki walki 2 Wrócił temat Naruto, ale wymienionych zostało również kilka innych tytułów oraz omówiono które postacie jakich stylów i technik używają. Prowadzący wykazał spore obeznanie w temacie.

Panel dyskusyjny o polskich wydawcach mang obezwładniał ilością podawanych tytułów ukazujących się w naszym kraju. Utwierdził mnie też w przekonaniu, że póki co jestem chyba tylko targetem wydawnictwa Hanami. „Pluto” nadal cierpliwie czeka na półce.

Pierwszy dzień festiwalowy zakończyłem w połowie prelekcji o Visual Novel – gatunku gier, które bardziej przypominają interaktywną powieść, gdzie użytkownik ma wpływ na losy bohaterów i zakończenie. Mnogość ścieżek prowadzących do rozwiązania fabuły z reguły przewyższa ilość epilogów dostępnych w najbardziej zaawansowanych komputerowych RPGach. Jak dla mnie jest tam jednak zbyt mało faktycznej rozgrywki. Mówiąc kolokwialnie – nie moja bajka.

Sobota

Zacząłem od giełdy. Pierwsza rzuciła mi się w oczy książka Łukasza Kowalczuka o TM-Semic, o której zdążyłem już zapomnieć. Kupiłem natychmiast. Z „Monsterem” od Hanami byłem bardziej ostrożny, ale ostatecznie też trafiła w moje ręce. Pozycja o najsłynniejszym wydawcy komiksów w Polsce została już zaczęta i wrócę do niej jak tylko skończę obecną lekturę.

Gośćmi panelu wydawców był Arkadiusz Salamoński, zajmujący się składem komiksów i współpracujący z kilkoma wydawnictwami (m.in. Taurus, Elemental, Wydawnictwo Komiksowe, Egmont), Sylwia Waszewska z wydawnictwa Taiga oraz Radosław Bolałek z Hanami. Muszę niestety dać minus prowadzącym za brak przedstawienia uczestników. Nazwisko pana Arkadiusza usłyszeliśmy w trakcie, przedstawiciela Hanami kojarzę, a pani Sylwia pozostała anonimowa i jej nazwisko zgaduję z pomocą strony internetowej wydawnictwa.

Siedzą od lewej: Arkadiusz Salamoński, Sylwia Waszewska, Radosław Bolałek

Siedzą od lewej: Arkadiusz Salamoński, Sylwia Waszewska, Radosław Bolałek

Najciekawsze informacje przekazał chyba pan Salamoński – mówił na czym polega skład, dlaczego trudno pracuje się z mangą (odwrócony układ strony – od prawej do lewej), czy jak się przygotowuje i „rewitalizuje” stare tytuły, kiedy chce się je wydać współcześnie. Zdradził też kilka planów wydawniczych. Nie spamiętałem wszystkich (za rok chyba wezmę jednak jakiś notes), ale na pewno będę jeszcze jedne „Żywe trupy” od Taurusa, jakiś trade „Valeriana” (chyba też od nich) na Gwiazdkę i kilka tomów „Wież Bois-Maury”, ale z tego co widzę na gildii już wiszą zapowiedzi tychże. Jak bumerang wrócił oczywiście temat kondycji rynku. Diagnoza nie ulega zmianie – jest nieźle, ale mogłoby być sporo lepiej. Nie pomaga fakt, że ogólnie pojęta kultura w Polsce ciągle kuleje. Ci, którzy się interesują, zawsze będą w mniejszym lub większym stopniu aktywni, problem z przyciągnięciem przeciętnego Kowalskiego. No i oczywiście finanse oraz piractwo – tematy ze sobą powiązane i dość rozległe, dlatego nie będę pisał o nich teraz. Aczkolwiek w komentarzach można zaszaleć, chętnie podyskutuję.

Następna prelekcja traktowała o drugoplanowych bohaterach Marvela, którzy dorobili się własnych interesujących serii. Kajetan Kusina jest już trzecią osobą, która świadomie, bądź nieświadomie zachęca mnie do „Hawkeye’a” Fractiona i Aji (Aja?). Z pozostałych omawianych tytułów – „The Incredible Hercules”, „Nextwave: Agents of H.A.T.E.” i „Moon Knight”, najbardziej zainteresował mnie ten drugi. Może kiedyś. Mała uwaga do prelegenta – następnym razem mów trochę spokojniej i wolniej :-)

„Komiksowi zapaśnicy” to głównie podróż w rejony tak złe, że aż dobre. Przykład:
zapasnicy 2 Nie zabrakło kultowej „Tygrysiej maski” (pamiętam kreskówkę, dla nas dzieciaków to była miazga wtedy), Wojowniczych Żółwi Ninja, czy nawet ciekawie się zapowiadającego komiksu kobiecego („Whoa, Nellie!”).

Kolejnym punktem miało być spotkanie z Igorem Baranko, ale autor nie dotarł. Nie wiem jaka była przyczyna, bo musiałem wyjść i ominęło mnie ewentualne wytłumaczenie nieobecności. Trochę szkoda. Mi osobiście nie zrobiło to wielkiej różnicy, bo twórczości nie znam, ale biorąc pod uwagę również brak zapowiadanego Romana Surżenko, jest to organizacyjno-wizerunkowa wpadka. W zastępstwie można było wysłuchać panelu o nadchodzących ekranizacjach komiksów Marvela.

O 16 przyszła pora na największą gwiazdę dnia – Jakuba „Dema” Dębskiego.
dem Nieśmiało się przyznam, że nie znam twórczości komiksowej, ani nie byłem widzem kanału youtube. Kilka dni wcześniej obejrzałem na chybił trafił dwa klipy. Dlatego też poczułem się nieco surrealistycznie oraz byłem zwyczajnie zaskoczony, że w tak małej sali zmieściło się tyle ludzi. Pomieszczenie było solidnie napakowane. Na panelu pojawiła się masa młodzieży i zgaduję, że byli to w ogromnej większości właśnie widzowie, dlatego brawa należą się prowadzącemu Filipowi Bąkowi, który od początku bardzo duży nacisk położył na twórczość komiksową Dema, a działalność filmowa była drugim planem. Taki gość to bardzo duża promocja imprezy i samego medium – mam nadzieję, że fani po tym wywiadzie sięgną po papierowe dzieła Dębskiego. Ja na pewno to zrobię – Dem sprawił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, abstrakcyjny humor też trafia w moje gusta. Kanał także zasubskrybowany.

Niedziela

Zaczęliśmy od Alana Moore’a i Granta Morrisona. Świetny materiał porównujący style i twórczość obydwu Brytyjczyków oraz przybliżający ich medialne wojenki i prowokacje.
moore morrison Kolejne trzy prelekcje: „Prawa człowieka w komiksie” (doskonałe przykłady, że medium obrazkowe nadaje się i potrafi przedstawiać trudne i ważne tematy), „Futurologia Enkiego Bilala” i „Żywe Trupy Roberta Kirkmana” (kolejnych dwóch autorów, których chciałbym kiedyś nadrobić) to kontynuacja bardzo dobrego przygotowania i przedstawienia tematów. Zdecydowanie warto było być na każdym z tych paneli. Na ostatnią prezentację („Animacje Jana Švankmajera”) nie miałem już zwyczajnie siły. To było „tylko” siedzenie i słuchanie, ale okazało się, że taki weekend potrafi jednak zmęczyć.

Podsumowując – każdy prelegent zasługuje na słowa uznania. Błędy wytykałem wyłącznie w dobrej wierze – absolutnie nie znaczy to, że nie doceniam nakładu pracy. Doceniam i to bardzo, wszyscy odwalili kawał dobrej roboty. Pomimo braku Surżenko i Baranko, festiwal po raz drugi z rzędu zaliczam do udanych, czekam na przyszłe lato i jestem przekonany, że organizatorzy i uczestnicy znowu dadzą radę. Atmosfera była znakomita.

Kończąc, w imieniu swoim i kumpla, chciałem jeszcze raz gorąco podziękować Łukaszowi Kowalczukowi i Jakubowi Dębskiemu za autograf i rysunki :-)

FSF #41: Danny Elfman – The Batman theme (Batman)

„Tell me something, my friend. You ever dance with the devil in the pale moonlight?”

Batman był całkiem niedawno, ale trzy dni temu minęło 25 lat od premiery filmu Tima Burtona i nie mogę przejść obok tego faktu obojętnie. Na moim Facebooku już nieco polemizowałem z tym artykułem, więc nie będę się powtarzał. Dla gardzących FB napiszę tylko, że ogromnie cenię obydwie serie (oczywiście bez filmów Schumachera) i nie uważam, że inaczej znaczy gorzej. Aczkolwiek obydwa Burtony mają u mnie 10/10, czego nie mogę powiedzieć o żadnym z trzech Nolanów.

Klimat, scenografia, aktorstwo i charakteryzacja w dylogii sprzed ponad dwudziestu lat są absolutnie mistrzowskie i rozpoznawalne po dziś dzień. Unikatowość stylu tego reżysera jest nie do przecenienia. Tyczy się to również muzyki Elfmana. Motyw przewodni jest już kanonem, no i chyba każdy kojarzy go z czołówki serialu animowanego (świetnego do dziś tak swoją drogą).