FSF #3: Vangelis – Tears in rain (Blade Runner)


Nie ma(m) czegoś takiego jak ulubiony film. Jest tyle doskonałych tytułów, że nie sposób się zdecydować, a jeśli ktoś się upiera, że plotę bzdury, to radzę spędzić trochę więcej czasu w kinie lub przed mniejszym ekranem. Ale :-) Ale gdyby ktoś mnie postawił przed plutonem egzekucyjnym i powiedział „wybieraj albo strzelamy”, to bez większego wahania powiedziałbym „Blade Runner”.

Obraz Ridleya Scotta pierwszy raz obejrzałem w wieku 10-14 lat. Pamiętam, że leciał w piątek na Jedynce w okolicach 22 (ma się tę pamięć do głupot). W programie stało: „Łowca androidów” (nic mi to wtedy nie mówiło), film s-f (tu już lepiej), w obsadzie Harrison Ford (o, to trzeba obejrzeć – BTW dawno już minęły czasy kiedy to nazwisko gwarantowało przynajmniej dobry seans). Była to oczywiście tzw. „wersja producencka” z komentarzem z offu Deckarda, ale kto wtedy wiedział o jakimś director’s cut (a w zasadzie fan’s cut). Później, w liceum, dzięki wynalazkowi pod nazwą DivX, obejrzałem wspomnianą wersję reżyserską, która okazała się jeszcze lepsza. Byłem i każdorazowo jestem urzeczony tym filmem. Ścieżką dźwiękową również.