GSM #21: Michał Cielecki, Krzysztof Wierzynkiewicz – Too many to kill them all (Bulletstorm)


„Bulletstorm” to woda na młyn dla wszystkich fanatycznych wrogów gier komputerowych – tytuł, w którym chodzi głównie o to, by jak najefektowniej zabijać przeciwników. Im większa jatka, tym więcej zdobywamy punktów. Kopnąć wroga, który nadzieje się na kaktusa lub zostanie pożarty przez zmutowaną, mięsożerną roślinę, złapać energetyczną smyczą i rzucić na kolczaste ogrodzenie, okręcić dwoma granatami połączonymi łańcuchem, po czym wepchnąć nieszczęśnika w skupisko jego kumpli i zdetonować. Przykłady można mnożyć. Nie muszę chyba dodawać, że to tylko rozrywka (dla dorosłych), a przemoc jest tak samo przerysowana jak chociażby w „Kill Billu”. Całość dopełnia klnący gorzej niż szewc główny bohater, którego fizjonomia jest aż zbyt nachalnie wzorowana na Wolverinie.

Gra polskiego studia People Can Fly (obecnie przemianowanego na Epic Games Poland) była powiewem świeżości w FPSach. Co prawda nie w multiplayerze, którego niedostatki były bodaj główną przyczyną słabej sprzedaży w stosunku do oczekiwań (jednego milion egzemplarzy wprowadzi w ekstazę, drugiego w depresję). Osobiście gry wieloosobowej nie tknąłem, ale z singla miałem mnóstwo zabawy. Sama pomysłowość i oryginalność broni wywołuje szeroki uśmiech – wspomniana energetyczna smycz, którą można robić cuda i granatnik wystrzeliwujący dwa pociski złączone łańcuchem, czy czterolufowy shotgun lub snajperka ze sterowalnymi nabojami. Arsenał ten w połączeniu z często śmiercionośnym otoczeniem stanowi mieszankę wybuchową.

Bardzo satysfakcjonująca rozgrywka, którą trzeba brać z przymrużeniem oka, kłóci się miejscami z nazbyt poważną fabułą. Tak jakby nie podjęto jednoznacznej decyzji w którą stronę pójść. Z czasem też eksterminacja kolejnych zastępów przeciwników staje się mimo wszystko trochę powtarzalna. Ale tylko trochę. Na tym można zakończyć wymienianie wad (przynajmniej kampanii dla pojedynczego gracza). Niedoceniony przez graczy tytuł, z którym warto się zapoznać.