FSF #18: Chris Cornell – You know my name (Casino Royale)

„Now the whole world’s gonna know that you died scratching my balls!”

Na początek rozgraniczmy „tradycyjne” Bondy, które skończyły się na filmach z Brosnanem, od „nowożytnych” z Craigiem. W tej drugiej erze „Casino Royale” jest najlepsze. „Quantum…” zapamiętałem jako dobre, chociaż niektórzy wieszają na nim psy, a „Skyfall” trochę jednak ustępuje pierwszemu filmowi.

Poczynając od znaków rozpoznawczych serii o 007, czyli czołówki i piosenki otwierającej, antagonisty oraz pięknych kobiet, poprzez aktorstwo, na fabule kończąc – wszystko jest najwyższej próby. Utwór Chrisa Cornella i Davida Arnolda jest chyba moim ulubionym bondowskim kawałkiem. Piękne kobiety – ktoś śmie twierdzić, że Caterina Murino nie jest zjawiskowa? Le Chiffre’a w znakomitej interpretacji Madsa Mikkelsena zaliczam do absolutnego topu adwersarzy Bonda.

Daniel Craig. Doskonale pamiętam rozgoryczonych fanów, których żale skwapliwie publikowano w Sieci i gazetach (lub czasopismach). Że blondyn, że co z niego za aktor, że sobie zęba na planie wybił (czy tam złamał). W dniu premiery zamknął wszystkim usta z takim impetem, że aż echo poszło. Jego Bond jest brutalniejszy, smoking nie leży jeszcze na nim jak powinien, nie ma ulubionego drinka i nawiązując do otwierającego cytatu – oprócz żartobliwych, ale grzecznych onelinerów, rzuca też cięższymi tekstami. Mimo to nadal Bond, który ma dużo znanych nam cech. Cały proces narodzin i dojrzewania najsłynniejszego agenta jest w wykonaniu Anglika świetny.

„Casino Royale” posiada jeszcze jedną, dość rzadką cechę. Różnie można to nazywać – nieuchwytne „coś”, klimat, magia kina. Jakiegokolwiek określenia by nie użyć – film ten można powtarzać w nieskończoność i nigdy się nie znudzi.