FSF #44: Tom Holkenborg aka Junkie XL – Brothers in arms (Mad Max: Fury Road)

„Oh, what a day… what a lovely day!”

Już dawno miałem to wrzucić, ale jak zwykle ciągle coś. Na razie najnowszy Mad Max to najlepsze co widziałem w tym roku w kinie i tylko nadchodzące Gwiezdne Wojny mogą to zmienić (aczkolwiek bardzo wątpię).

FSF #43: Sigur Rós – Sæglópur (Sense8)


Rodzeństwo Wachowskich, znane kiedyś jako bracia, odkupiło nieco win tym serialem. Bardzo fajny dramat obyczajowy polany sosem S-F oraz thrillera/sensacji. Jeśli ktoś był na tegorocznym „Ex machina”, to „Sense8” jest właśnie w tym stylu – telepatyczne (upraszczając) połączenie ósemki bohaterów to tylko środek prowadzący do dywagacji na temat seksualności, tolerancji, społeczeństwa, miłości, religii i jeszcze kilku innych tematów. Nie jest to może ścisły serialowy top, ale warto się zapoznać. Imponuje mi też bardzo organizacyjne ogarnięcie tego wszystkiego – zdjęcia robione w dziewięciu miastach na czterech różnych kontynentach, a w montażu nie doszukałem się zgrzytów (aczkolwiek nie mam oka do takich szczególików).

FSF #42: Georg Friedrich Händel – Sarabande (Suita nr 4 d-moll HWV 437) (Barry Lyndon)


Stanley Kubrick to bez wątpienia jeden z mistrzów kinematografii. Perfekcjonista, wymagający nierzadko kilkudziesięciu dubli do jednego ujęcia, montujący i szlifujący filmy długimi miesiącami, zanim wreszcie mogły się doczekać premiery. Wszystkie obrazy tego reżysera, jakie widziałem, są absolutnie powalające jeśli chodzi o dopieszczone do granic możliwości zdjęcia. „Barry Lyndon” do wyjątków nie należy. Wydaje mi się, że jest mniej znanym dziełem od „Odysei kosmicznej”, „Lśnienia” czy „Mechanicznej pomarańczy”, ale wcale nie jest gorszy i warto się z nim zapoznać. Dla mnie to klasyk.

FSF #41: Danny Elfman – The Batman theme (Batman)

„Tell me something, my friend. You ever dance with the devil in the pale moonlight?”

Batman był całkiem niedawno, ale trzy dni temu minęło 25 lat od premiery filmu Tima Burtona i nie mogę przejść obok tego faktu obojętnie. Na moim Facebooku już nieco polemizowałem z tym artykułem, więc nie będę się powtarzał. Dla gardzących FB napiszę tylko, że ogromnie cenię obydwie serie (oczywiście bez filmów Schumachera) i nie uważam, że inaczej znaczy gorzej. Aczkolwiek obydwa Burtony mają u mnie 10/10, czego nie mogę powiedzieć o żadnym z trzech Nolanów.

Klimat, scenografia, aktorstwo i charakteryzacja w dylogii sprzed ponad dwudziestu lat są absolutnie mistrzowskie i rozpoznawalne po dziś dzień. Unikatowość stylu tego reżysera jest nie do przecenienia. Tyczy się to również muzyki Elfmana. Motyw przewodni jest już kanonem, no i chyba każdy kojarzy go z czołówki serialu animowanego (świetnego do dziś tak swoją drogą).

FSF #40: Michael Kamen, Eric Clapton, David Sanborn – Meet Martin Riggs (Lethal Weapon)

– Have you ever met anybody you didn’t kill?
– Well, I haven’t killed you yet.

Lata 80. – Złota Era Kina Akcji, czas królowania Sly’a i Arniego, początki Van Damme’a oraz narodziny dwóch ikonicznych serii – „Zabójczej broni” i „Szklanej pułapki” (znanej w niektórych kręgach pod tytułem „Twardziel”, który pasuje o wiele lepiej, ale nie będziemy się teraz rozwodzić nad polskimi tłumaczeniami). Duet Riggs i Murtaugh na stałe wpisał się w historię kina. Dwie pierwsze części nadal ogląda się z przyjemnością, trzecia to lekka zniżka formy, ale mimo wszystko wstydu nie przyniosła. Z czwartą było podobnie – to już nie to, ale pożegnanie z bohaterami było na zadowalającym poziomie. Takim w stylu „fajnie było jeszcze raz was zobaczyć chłopaki, nadal czuć lekkość i chemię pomiędzy wami, wciąż jesteście w niezłej formie, ale pora ruszyć dalej”. Po zeszłorocznej, piątej części „Die hard” okazało się to bardzo dobrym rozwiązaniem i miejmy nadzieję, że tak zostanie.

Na ironię zakrawa fakt, że po czasach posuchy gatunek wskrzesił weteran. Nie jakiś młody wilczek czy inny gniewny i ambitny, ale stary, poczciwy Stallone. Najpierw powrócił z Johnem Rambo, a „Expendables” ostatecznie udowodnił, że co najmniej kilku gości nie jest jeszcze „too old for this shit”. Po nadciągnięciu wsparcia ze Wschodu („The Raid”, na drugą część ostrzę już sobie zęby), można już smiało powiedzieć, że nastała Srebrna Era.

FSF #39: Dario Marianelli – Evey reborn (V for Vendetta)

„The only verdict is vengeance, a vendetta, held as a votive not in vain.”

Spośród czterech komiksów, z których Alan Moore jest znany chyba najbardziej („V for Vendetta”, „Watchmen”, „From Hell” i „The League of Extraordinary Gentlemen”), dwa pierwsze doczekały się bardzo dobrych filmowych adaptacji. „From Hell” miało bardzo fajny, ponury klimat, ale nie wiem co należałoby zrobić, żeby sfilmować coś tak naszpikowanego szczegółami. Na „Ligę…” spuśćmy zasłonę milczenia. Po lekturze „Wywiadów” Billa Bakera doskonale rozumiem niechęć Anglika do przemysłu filmowego (kuriozalna sytuacja przy przenoszeniu wspomnianej „Ligi…” na duży ekran), ale mi osobiście ekranizacje nie wadzą. W przypadku tego autora nie da się oczywiście zmieścić wszystkich wątków, niuansów i smaczków, ale wystarczy, że obraz będzie miał solidną fabułę i będzie zgodny z duchem oryginału, aby zaspokoić chęć fanów do ujrzenia w kinie ulubionych historii i bohaterów. „V…” spełniło powyższe warunki z nawiązką. Czuć w filmie szacunek do komiksu, a aktorski duet Weaving – Portman oraz niczym nie ustępujący drugi plan (Hurt, Fry, Rea) świetnie się ogląda.

Podziękowania dla osób odpowiedzialnych za trailer „Interstellar”, który przypomniał mi o prezentowanym dzisiaj utworze.

FSF #38: John Williams – The Raiders march (Raiders of the Lost Ark)

„Mr. Jones! I’ve heard a lot about you, sir. Your appearance is exactly the way I imagined.”

„Gwiezdne Wojny” już były, pora na kolejny nieśmiertelny klasyk Johna Williamsa. Nie ma sensu pisać truizmów. Wystarczy usiąść, posłuchać i przypomnieć sobie, że niektóre filmy są po prostu niezastąpione.

FSF #37: Huey Lewis and the News – The power of love (Back to the Future)

„If my calculations are correct, when this baby hits 88 miles per hour… you’re gonna see some serious shit.”

Dzisiaj brak weny, więc będzie bardzo krótko. „Powrót do przyszłości” jest jednym z filmów, na których się wychowałem i któremu w dużej mierze zawdzięczam pomysł na nazwę tej strony. Krytycy i znawcy pewnie by się nie zgodzili z tą opinią, ale dla mnie cała trylogia to klasyka kina. Charakterystyczne, świetnie zagrane postacie, kultowe dialogi i one-linery, których sam od czasu do czasu (nad)używam, oraz oprawa muzyczna, która jest tak samo dobrze znana, jak sam film. Powyższy kawałek jest tego najlepszym przykładem.

FSF #36: Lori Carson and Graeme Revell – Fall in the light (Strange Days)

„See, I can get you what you want. I can, I can get you anything, you just have to talk to me, you have to trust me. You can trust me, ’cause I’m your priest. I’m… I’m your shrink. I am your main connection to the switchboard of souls. I’m the magic man. Santa Claus of the subconscious. You say it, you think it, you can have it.”

„Strange Days” jest raczej mało znany. Może po sukcesach „The Hurt Locker” i „Zero Dark Thirty” ktoś po niego sięgnął, pragnąc bliżej poznać twórczość Kathryn Bigelow, ale idę o zakład, że obraz z Ralphem Fiennesem jest o wiele mniej znany od chociażby kultowego „Point break”.

Niedoceniony film sensacyjny z elementami sf, który zaliczył wtopę w box office (i pewnie dlatego przeszedł bez echa) z więcej niż solidną intrygą i porządnym aktorstwem. Dla mnie najciekawsza była właśnie ta domieszka science-fiction, żywcem wyjęta z cyberpunku. Szybkie przybliżenie o co biega – główny bohater, eks-gliniarz, zajmuje się handlem nagraniami ze „squidów” – elektronicznych urządzeń nakładanych na głowę i rejestrujących wszystkie doznania osoby, która je nosi. Odtwarzanie również odbywa się w ten sposób – „widz” odczuwa wszystko jakby sam był uczestnikiem zdarzenia. Proceder jest oczywiście nielegalny – opracowana przez FBI technologia trafiła na czarny rynek, a same dyski zawierają nierzadko materiał z gatunku snuff (prawdziwa przemoc, a w ekstremalnych przypadkach śmierć na wizji). Wypisz wymaluj Braindance, który ma się pojawić w pewnej grze pewnego polskiego studia. Fabuła nie bez przyczyny umiejscowiona jest dzień przed Sylwestrem 1999 roku. Scenarzyści co prawda zbyt szybko wybiegli w przyszłość jeśli chodzi o rozwój technologii, ale dekadencki klimat i zanurzenie się w przestępczy półświatek idealnie pasuje do cyberpunku. Jak najbardziej warto obejrzeć.

FSF #34: The Servant – Cells (instrumental) (Sin City)


Trochę oszukuję, bo instrumentalna wersja utworu nieistniejącej już grupy The Servant nie znalazła się na soundtracku – była wykorzystywana w kampanii reklamowej „Sin City” oraz na wydaniu DVD filmu. Kawałek jest jednak tak dobry, że nie można obok niego przejść obojętnie. To samo tyczy się komiksu i filmu (pozycja obowiązkowa dla każdego kinomaniaka, choćby ze względu na sposób kręcenia). Pod koniec sierpnia do kin wejdzie druga część, po której oczekuję podobnego poziomu.

Skoro już jestem przy Franku Millerze, to ciąg skojarzeń był nieunikniony. Kilka dni temu pojawił się pierwszy trailer „Gotham”:

Film telewizyjny, który można nazwać „Batman: Year Zero”. „Year One” napisał oczywiście Miller – komiks ten także doczekał się ekranizacji (bardzo dobrej zresztą), ale w wersji animowanej. Podczas napisów końcowych również leci instrumentalna wersja pewnego utworu. Co prawda trochę przerobionego, ale łatwo go rozpoznać:

Nieprawdaż? Dla ułatwienia – inny cover powyższego gościł wcześniej w FSF. Żeby uzupełnić codzienną porcję ciekawostek dodam tylko, że w „Gotham” Jima Gordona gra Ben McKenzie, który w „Year One” podkładał głos… Batmanowi.