FSF #16: Urge Overkill – Girl, you’ll be a woman soon (Pulp Fiction)


Sporym grzechem było to, że do tej pory nie pojawił się żaden utwór ze ścieżki dźwiękowej do któregokolwiek filmu Quentina Tarantino. Wg wikipedii reżyser natknął się na ten świetny cover piosenki Neila Diamonda w holenderskim (robił rozeznanie po hashbarach? ;-)) sklepie i tak mu się spodobał, że wykorzystał go w jednej ze scen „Pulp Fiction”. Chyba na każdym soundtracku do obrazów Amerykanina znajdowałem takie perełki – wykonawca, o którym słyszę pierwszy raz w życiu, w utworze, który z miejsca wpada w ucho i nuci się go przez kilka kolejnych dni.

FSF #15: Ramin Djawadi feat. Tom Morello – Pacific Rim (Pacific Rim)


O „Pacific Rim” na pewno jeszcze wspomnę w filmowym podsumowaniu kończącego się właśnie roku. W międzyczasie, po trudach przy wigilijnym stole, warto zaaplikować sobie trochę energii w postaci muzycznej. Przy okazji można też przybliżyć sobie twórczość Ramina Djawadi (Djawadiego?), bo to nie jedyna jego ścieżka dźwiękowa, która jest godna uwagi.

FSF #14: The Dwarf Cast – Misty Mountains (The Hobbit: An Unexpected Journey)


Za tydzień (dwa tygodnie po reszcie cywilizowanego świata) premiera drugiego „Hobbita”, więc wybór utworu na dziś nie powinien nikogo zaskoczyć. Dla porządku trzeba napisać, że muzykę do tej piosenki skomponowali David Donaldson, David Long, Steve Roche i Janet Roddick, a zaśpiewał Richard Armitage i jego dwunastu kompanów. „Misty Mountains” przewija się tu i ówdzie na całym soundtracku i stanowi najjaśniejszy jego punkt. Również w folkowym wydaniu Neila Finna. Trochę szkoda, że krasnoludy nie nagrały jakiejś dłuższej wersji, bo chyba nie tylko mnie się wydaje, że urwali za szybko, prawda?

„I see fire” promujące „Desolation of Smaug” ma jednak dużo większe szanse na stanie się przebojem (zasłużenie zresztą – też jest znakomitym kawałkiem). Bardziej popowy od wersji Finna, melodia wpadająca w ucho i świetny głos Sheerana równa się sprawdzonej recepcie na pierwsze miejsca list przebojów (o ile ktoś je jeszcze śledzi).

FSF #13: Hans Zimmer & Lisa Gerrard – The battle (Gladiator)


„If you find yourself alone, riding in the green fields with the sun on your face, do not be troubled. For you are in Elysium, and you’re already dead!”

Russell Crowe u szczytu sławy, na którym utrzymał się jeszcze przez kilka kolejnych lat. Jest to oczywiście miara „celebrycka”, bo aktorem nadal jest świetnym. Za „Gladiatora” dostał Oskara, którego moim zdaniem powinien był dostać już rok wcześniej za „The Insider”, no ale przyszło mu konkurować z Kevinem Spacey i „American Beauty”. To jest właśnie duży minus – bardzo często się zdarza, że powinien być więcej niż jeden laureat tej nagrody. Dlatego o wiele większą wagę przywiązuję do samych nominacji.

Scena bitwy z Germanami nadal robi wrażenie, sam film też nie zestarzał się ani trochę. Zimmer zaczyna nam dominować w FSF, no ale co począć kiedy spod jego ręki wychodzą takie kawałki.

FSF #12: Daft Punk – TRON legacy (end titles) (TRON: Legacy)


We wpisie o „Gravity” pisałem, że jest to drugi film (obok „Avatara”), w którym 3D zrobiono jak należy. „TRON: Legacy” miał potencjał na bycie numerem trzy, ale będę mógł to zweryfikować dopiero przy okazji jakiegoś maratonu (na które nie chodzę) lub innej powtórki w kinie (wątpliwa sprawa, że takie w Polsce będą). Mimo wszystko na małym ekranie strona wizualna też prezentuje się okazale. Przed seansem powtórzyłem sobie oryginał i muszę przyznać, że te filmy mają coś w sobie. Nie jest to szczyt kina SF, ale obydwa tytuły plasuję powyżej średniej. Mają dobrą fabułę, pierwszy trzeba docenić za przełomowe jak na tamte czasy efekty specjalne, drugi w tym aspekcie również stawia wysoko poprzeczkę, a dopełnia go muzyka w wykonaniu francuskiego duetu. Daft Punk stworzył soundtrack, w którym elektronika z tradycyjną orkiestrą nie przeszkadzają sobie i świetnie się komponują. Jedna z tych ścieżek dźwiękowych, które doskonale ilustrują film, jak i świetnie brzmią osobno.

Gdyby ktoś żył w takiej nieświadomości jak ja i nie wiedział, że w maju Daft Punk wydał kolejny wspaniały album (w zupełnie innym stylu), to spieszę donieść, że disco ma się świetnie:

FSF #11: Chromatics – Tick of the clock (Drive)


„There’s a hundred-thousand streets in this city. You don’t need to know the route. You give me a time and a place, I give you a five minute window. Anything happens in that five minutes and I’m yours. No matter what. Anything happens a minute either side of that and you’re on your own. Do you understand?”

Utwór otwierający i ilustrujący jeden z oryginalniejszych filmowych pościgów. Soundtrack, prócz trzech synthpopowo-klubowych piosenek, zawiera głównie nastrojowe, elektroniczne kawałki. Fajnie to brzmi na słuchawkach. No i oczywiście podczas jazdy samochodem.

Co do samego filmu, to główną zaletą jest forma, nie treść. Świetnie zrealizowany, z dobrym aktorstwem (Cranston, Perlman, Brooks) i nie dający o sobie zapomnieć od razu po seansie. Kwestię czy jest to hołd dla kina typu „samotny, milczący twardziel”, czy wprost przeciwnie – naśmiewa się z niego, bajka dla dorosłych jak określa go reżyser, czy też wszystko po trochu, zostawiam Wam. Chyba, że już widzieliście – komentarze czekają.

Zalecam ostrożność w oglądaniu razem z drugą połówką. Gosling ma sporo fanek i film prawdopodobnie był reklamowany jako romans, ale sceny przemocy są i potrafią mocno potrząsnąć nieprzygotowanymi.

FSF #9: Grzegorz Ciechowski – Wiedźmin (Wiedźmin)


Tak, z premedytacją nie użyłem żadnego zdjęcia czy plakatu z „filmu”, bo jedyne co z niego dobre, to soundtrack skomponowany przez, nieżyjącego już niestety, Grzegorza Ciechowskiego. O tym arcydziele polskiej kinematografii napiszę tylko, że jego największym minusem wcale nie są next-genowe efekty specjalne, które już przeszły do historii. Otóż największym grzechem jest to, że scenarzysta uznał, iż wymyśli historię lepszą niż Sapkowski i pozmieniał co tylko się dało, przy okazji usuwając zdecydowaną większość absolutnie genialnych dialogów. Tymczasem opowiadania o Wiedźminie są wręcz stworzone do tego, żeby strona po stronie przenieść je na godzinne odcinki. Jeśli potrzebne by były jakieś zmiany w celu lepszego przedstawienia na ekranie, to naprawdę minimalne. Może twórcy myśleli że to pójście na łatwiznę i postanowili ambitniej przystąpić do zadania? Chyba nigdy się nie dowiemy.

Ścieżka dźwiękowa to inna historia. Klimatyczna i pasująca jak ulał do świata. Lider Republiki stworzył coś świeżego i oryginalnego. To samo co pisałem o nierozerwalności muzyki z gry z twórczością Sapkowskiego tyczy się również tego albumu.

Przy okazji BlizzConu i Warcrafta oraz w dobie „Władcy Pierścieni”, „Hobbita” i „Gry o Tron” znowu się rozmarzyłem, że HBO zabiera się za przeniesienie Geralta na mały ekran. Może kiedy trzecia część gry odniesie sukces i reszta książek zostanie przetłumaczona na angielski. Oraz przy odpowiednim układzie planet…

Na koniec coś weselszego. Kiedy serial miał premierę, w Internecie furorę robiły te oto streszczenia odcinków autorstwa Radka Teklaka. Jeżeli chcecie przeczytać mrożącą krew w żyłach historię o zimorodku i jego przypadkach w wychodku, to gorąco polecam.

FSF #8: Moby – New dawn fades (Heat)


Cover utworu Joy Division odgrywany jest tuż przed pierwszą wspólną i historyczną już sceną dwóch legend kina. Przeróbka Moby’ego idealnie tam pasuje. Jak można wyczytać w ciekawostkach na imdb pierwotnie piosenka ta miała lecieć podczas napisów końcowych. Teraz wszyscy znacząco kiwamy głowami i dziękujemy Michaelowi Mannowi za jego wyczucie i słuszną decyzję.

Cały soundtrack jest godny polecenia, a jeśli jest na sali osoba, która nie widziała filmu, to wskazane jest jak najszybciej nadrobić tę zaległość. Pomimo, że w tym roku „Heat” stuknęła osiemnastka, to w ostatnich latach w kinie sensacyjnym chyba tylko trylogia Bourne’a dotarła do takiego poziomu.

FSF #7: Hans Zimmer – What are you going to do when you are not saving the World? (Man of Steel)


Nie zmieniłem zdania na temat tego filmu, więc nie będę się powtarzał. Dodam tylko, że nie jestem w mojej opinii odosobniony – kilka dni temu spotkałem się z komentarzem, że ogląda się ten film pierwszy raz i w najlepszym razie stwierdza, że jest OK, ale im dłużej się o nim myśli, coraz bardziej dojrzewa w naszej głowie i wszystkie elementy układanki spadają w odpowiednie miejsca. Naprawdę warto dać „Man of Steel” drugą szansę, a jeśli ktoś jeszcze nie widział, niech obejrzy.

Co ciekawe, na ścieżkę dźwiękową również spadła krytyka – że napuszona i patetyczna. Być może, ale w tym wypadku opinie znawców mam gdzieś. Niech sobie będzie, ja ją uwielbiam. Oprócz tego, że dobrze się jej słucha samodzielnie, to podczas filmu również doskonale się sprawdza i uzupełnia go. Jeśli już używamy mocnych przymiotników, to użyłbym słowa „epicka”.

Trzymam kciuki za dobry sequel i życzę jak najlepiej Snyderowi i spółce (tak, Benowi Affleckowi też).

Na zakończenie mały klip jubileuszowy – z okazji 75-lecia postaci Supermana, DC Comics wspólnie z Warner Bros. popełnili coś takiego:

Kawał historii.