FSF #36: Lori Carson and Graeme Revell – Fall in the light (Strange Days)

„See, I can get you what you want. I can, I can get you anything, you just have to talk to me, you have to trust me. You can trust me, ’cause I’m your priest. I’m… I’m your shrink. I am your main connection to the switchboard of souls. I’m the magic man. Santa Claus of the subconscious. You say it, you think it, you can have it.”

„Strange Days” jest raczej mało znany. Może po sukcesach „The Hurt Locker” i „Zero Dark Thirty” ktoś po niego sięgnął, pragnąc bliżej poznać twórczość Kathryn Bigelow, ale idę o zakład, że obraz z Ralphem Fiennesem jest o wiele mniej znany od chociażby kultowego „Point break”.

Niedoceniony film sensacyjny z elementami sf, który zaliczył wtopę w box office (i pewnie dlatego przeszedł bez echa) z więcej niż solidną intrygą i porządnym aktorstwem. Dla mnie najciekawsza była właśnie ta domieszka science-fiction, żywcem wyjęta z cyberpunku. Szybkie przybliżenie o co biega – główny bohater, eks-gliniarz, zajmuje się handlem nagraniami ze „squidów” – elektronicznych urządzeń nakładanych na głowę i rejestrujących wszystkie doznania osoby, która je nosi. Odtwarzanie również odbywa się w ten sposób – „widz” odczuwa wszystko jakby sam był uczestnikiem zdarzenia. Proceder jest oczywiście nielegalny – opracowana przez FBI technologia trafiła na czarny rynek, a same dyski zawierają nierzadko materiał z gatunku snuff (prawdziwa przemoc, a w ekstremalnych przypadkach śmierć na wizji). Wypisz wymaluj Braindance, który ma się pojawić w pewnej grze pewnego polskiego studia. Fabuła nie bez przyczyny umiejscowiona jest dzień przed Sylwestrem 1999 roku. Scenarzyści co prawda zbyt szybko wybiegli w przyszłość jeśli chodzi o rozwój technologii, ale dekadencki klimat i zanurzenie się w przestępczy półświatek idealnie pasuje do cyberpunku. Jak najbardziej warto obejrzeć.