25. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi 2014

Na imprezie o takiej skali byłem pierwszy raz w życiu. W ogóle to dopiero mój trzeci konwent/festiwal – wcześniej, w tym i w zeszłym roku, zaliczyłem tylko dwie edycje Bałtyckiego Festiwalu Komiksu (relacje tu i tu). Nie jestem znawcą czy też „hardkorowym” komiksiarzem, ale pierwszej (i mam nadzieję, że nie ostatniej) wizyty Andreasa w Polsce nie mogłem odpuścić. Twórca ten jest jedną z głównych przyczyn, dla której do dziś czytam i zbieram zeszyty z obrazkami. Przy okazji chciałem również zobaczyć jak „emefka” wygląda na żywo.

Festiwalowi towarzyszyła część poświęcona grom komputerowym, o której wspomnę pod koniec.

Zacznę od minusów, które niestety rzuciły trochę cienia na całą wyprawę (350 km w jedną stronę). Jak na imprezę, która przyciąga tysiące fanów i ma w nazwie określenie „międzynarodowy”, to organizacja była po prostu fatalna. W sobotę przyszedłem wcześniej i kolejka po bilety nie dała mi się we znaki, ale widziałem zdjęcia i czytałem relacje ludzi czekających kilkadziesiąt minut na wejście. Jedna kasa biletowa, brak możliwości kupna biletu w piątek (byłem, pytałem), brak wydzielonych alejek ze słupków i taśmy oraz wystawcy i organizatorzy wchodzący głównym wejściem, przy którym już tłoczyli się widzowie (w pewnym momencie dało się nawet słyszeć podniesione, nerwowe głosy). Już ten początek nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia.

No i oczywiście sprawa z autografami. Pierwszy dzień festiwalu był dla mnie pod tym względem stracony, ale sam jestem sobie winien. Informacja o systemie numerków pojawiła się na stronie kilka dni przed wydarzeniem i po prostu ją przegapiłem. Mówi się trudno, jest jeszcze niedziela. Drugiego dnia najpierw przyszło zaniepokojonie, kiedy jeden z uczestników wyszedł z inicjatywą listy kolejkowej, bo podobno były osoby, które dostawały się na Arenę wcześniej, zapewniając sobie przewagę. Lista miała pomóc w ewentualnych negocjacjach z organizatorami. Wpisałem się, co mi szkodzi – byłem na początku czwartej dziesiątki. Po wejściu i udaniu się szybkim krokiem na płytę zobaczyłem, oprócz tych trzydziestu paru osób stojących przede mną na zewnątrz, jakąś kolejną trzydziestkę ludzi. Numerki do Andreasa skończyły się kiedy byłem osiemnasty. Organizatorzy nie widzieli nic złego w tym, że kilkadziesiąt osób było wewnątrz jeszcze przed oficjalnym otwarciem.

System w teorii bardzo sensowny okazał się nieporozumieniem przez brak jakiejkolwiek kontroli. Samo wydawanie też szło powoli – jedna osoba rozszyfrowywała skróty jakimi oznaczeni byli poszczególni twórcy, a druga odcinała nożyczkami kolejne kupony z numerami. Jeśli jest jakiś regulamin na zorganizowanej imprezie, to oczekiwałem od niego traktowania sprawiedliwie wszystkich zainteresowanych. Nie miało to jednak miejsca. Jest to doświadczenie, które zapamiętam na przyszłość.

Poza tym było super.
plyta 02 Ze względu na ograniczone fundusze wielkich zakupów nie zrobiłem: Hawkeye vol. 1 Fractiona i Aja (Aji?) (co chwilę mi ktoś go polecał, był od dawna w planach), książka Piotra Mańkowskiego „Cyfrowe marzenia” oraz komiks „Umarłem na Gibraltarze” ze scenariuszem tegoż i rysunkami Tomasza Kleszcza. Obydwie pozycje podpisane przez naczelnego wskrzeszonego Secret Service, w komiksie również rysunek.

Zaliczyłem też spotkanie z dawno nie widzianym kumplem oraz kilka ciekawych paneli. Pierwszy z nich to „Kanon Komiksu”. kanon komiksu Taki tytuł nosi nowa seria Egmontu – 12 albumów, „które wypada znać”. Bardzo fajna inicjatywa mająca na celu przyciągnąć nowych czytelników. Jest patronat medialny, który ma akcję rozreklamować, a Empik ma zapewnić odpowiednio widoczną ekspozycję. Dyskusja też była ciekawa – dlaczego takie, a nie inne tytuły, dlaczego dwanaście, dlaczego brakuje mangi oraz innych autorów. Ta kolekcja pokazuje też ogrom moich zaległości – znam tylko cztery pozycje. Muszę też zapamiętać nazwisko Scott McCloud, o którym wspomniał Jakub Demiańczuk, zachwalając jego książkę „Understanding Comics”.

Na panelu poświęconym 75-leciu Batmana nie dowiedziałem się wielu nowych rzeczy, ale spotkanie miało miłą atmosferę. Warto zaznaczyć, że sala podczas tego wykładu była wypełniona po brzegi – dowód, że Nietoperz cały czas cieszy się ogromną popularnością.

Spotkanie z Jeanem van Hamme nie zdołało mnie zainteresować. Dopadło mnie też zmęczenie i po 20 minutach wyszedłem i wróciłem do hostelu.

Drugiego dnia, po dotarciu na spotkanie ze Śledziem trafiłem na panel… Grzegorza Rosińskiego.
rosinski 02 Kolejna organizacyjna wpadka – nastąpiła zmiana w programie, o której zdawał się wiedzieć tylko rysownik Thorgala, siedział za stołem i czekał. W międzyczasie widziałem jak kilka osób podaje komiksy do podpisania. Nie wahałem się ani chwili i tak oto też zdobyłem autograf jednego z moich ulubionych twórców. Prowadzący zjawił się po kilku minutach, wyraźnie zaskoczony zmianą rozkładu jazdy, ale nie przeszkodziło mu to przeprowadzić bardzo interesującej rozmowy.

Potem przyszła kolej na Śledzia.
sledziu 02 Można było się dowiedzieć, że będą kolejne rysunki w Secret Service, że pracuje na etacie w studiu Human Ark, że będzie kolejne zbiorcze „Osiedle Swoboda” i jest spora szansa na Osiedlowy serial animowany (albo film – pamięć mam dobrą, ale krótką). Na pierwszym, „poProduktowym” numerze „Osiedla” udało mi się zdobyć rysunek autora.

No i na koniec spotkanie z Andreasem, który przybył z kolorystką Isą Cochet.
andreas 01 Twórca „Rorka” posługiwał się płynną angielszczyzną z lekkim niemieckim akcentem. Opowiadał o szkole i początkach w komiksie, o technikach jakich stosuje (nic cyfrowego), o swoim systemie pracy (wstaje o 6 i systematycznie pracuje kilka godzin z przerwami) czy o tym, że gdyby 20 lat temu przyszła oferta z DC Comics, to mielibyśmy co najmniej kilka albumów z Batmanem z mistrzowskimi rysunkami. Andreas sprawiał wrażenie cichego, skromnego człowieka. Na zakończenie dostał od prowadzącego ładnie oprawione pierwsze wydanie Rorka z Komiksu Fantastyki z 1989 roku. Autor pewnie nie zdaje sobie sprawy, ale dla mnie i zapewne dla wielu innych to bardzo symboliczny prezent – ten album to absolutne początki mojego zainteresowania tym medium.

W trakcie czułem się trochę rozczarowany słabą organizacją i sytuacją z tymi nieszczęsnymi autografami, ale ogólnie festiwal oceniam pozytywnie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku impreza będzie bardziej dopieszczona i sprawi wszystkim jeszcze więcej radości.

Na koniec obiecane kilka słów o części growej MFKiG. Tutaj też nie obyło się bez kłopotów. Ekrany rozstawione wokół widowni, które miały pokazywać rozgrywki z turniejów (Starcraft II, DOTA 2, LoL, Hearthstone, Counter Strike), pierwszego dnia pokazywały tylko logo organizatora, plakat festiwalu lub rozgrywkę w Sapera, którą operator projektora chciał trochę rozbawić publiczność. Oświetlenie też chyba wysiadło, bo było zdecydowanie za ciemno. Zwłaszcza, że również na płycie była strefa autografów. W niedzielę problemy techniczne zostały już zażegnane i obejrzałem finał karcianki Blizzarda. Ekran z LoLem też działał i przyciągnął dużą widownię. Połączenie komiksu i gier przeszkadzało mi tylko w jednym aspekcie – więcej paneli, których nie można pogodzić z pozostałymi punktami tak napakowanego programu.

E3 2014 na półmetku

Oprócz Wiedźmina (będzie Dijkstra!) mam jeszcze trzech faworytów:

  • Lords of the Fallen – przed chwilą widziałem nowy gameplay. Design, styl graficzny i modele broni oraz zbroi są przecudne. Ci, którzy grali w Demon’s/Dark Souls powinni czuć się jak ryba w wodze jeśli chodzi o walkę.
  • The Division – jedna z bardzo niewielu strzelanek, która ostatnimi czasy wzbudziła moje zainteresowanie.
  • No Man’s Sky – w pierwszej kolejności ma się ukazać niestety na PS4. Już kiedyś pisałem, że ambicje tego projektu są ogromne i może być rozczarowanie, ale niezmiennie kibicuję studiu Hello Games. Nowy trailer zaczyna się tak samo jak pierwszy – od ekspolracji (nawet muzyka jest ta sama), ale później pokazana jest też walka powietrzna.

Jak na zatrzęsienie nowości to raczej mało, ale biorąc pod uwagę moje tempo przechodzenia nowych gier (nowych dla mnie, a nie mających niedawno premierę) to i tak za dużo.

Na wyróżnienie zasłużyły też: Dead Island 2, Sunset Overdrive i Crackdown za trailery komiczne/przerysowane/z jajem (niepotrzebne skreślić, w niektórych przypadkach wszystkie trzy przymiotniki są prawdziwe), Rise of the Tomb Raider – też za trailer, ale z innych powodów – ciekawe podejście, napięcie i klimat, Batman: Arkham Knight – Batmobil w akcji nie przyspieszył mi tętna, ale Nietoperz to Nietoperz, oraz FarCry 4 za psychopatycznego głównego przeciwnika.

Zaskoczenie: Middle-earth: Shadow of Mordor – za fajnie wyglądający action RPG w znanych klimatach.

Największy minus – zapowiadanie daty premiery gry jednym tchem z pierwszym DLC. Nagłówki w stylu „X wychodzi Y, pierwsze DLC na PS4” albo „Premiera W nastąpi Z, DLC najpierw na Xboxie” przyprawiają mnie o grymas politowania. Dokąd zmierzasz branżo?

Gry komputerowe w 2014

Krótki przegląd produkcji z głównego nurtu. Na rynku indie (tudzież „indyków”) zapewne również będzie się dużo działo, ale chyba jedyną grą z tego gatunku, z jaką się zapoznałem, było „FTL: Faster Than Light”, więc tak jakby nie miałbym zbyt dużego pojęcia o czym piszę.

Oczywistą oczywistością jest co będzie premierą roku. Tylko czekam kiedy pojawi się pre-order na kolekcjonerskie wydanie trzeciego Wiedźmina. Oczekuję świetnego zakończenia trylogii i ni mniej, ni więcej, gry wszechczasów. Żadnej presji, CD Projekcie. W oczekiwaniu na pewno pomoże gra planszowa (data premiery nieznana) oraz komiks od Dark Horse, który zacznie się ukazywać od 19 marca.

Drugi w kolejce będzie „World of Warcraft: Warlords of Draenor”. Piąty dodatek do WoWa ukaże się w tym roku na 99% (z Blizzardem nigdy nic nie wiadomo). Ostatnio zapowiedziany kolejny sezon PvP wskazuje, że premiera odbędzie się latem lub jesienią. Podczas blizzconowych relacji napisałem już chyba wystarczająco dużo na temat WoDa.

„Reaper of Souls”. Pre-order już złożony. Zasadniczo Zamieć odkupiła swoje winy kiedy ogłosili zamknięcie Auction House i sensowniejszy system lootu. Zostaje tylko pytanie czy po przejściu dodatkowego aktu i pobawieniu się trochę Crusaderem zostanę wciągnięty na dłużej niż dwa-trzy miesiące.

„Pillars of Eternity”. Bodaj pierwsza superprodukcja z Kickstartera. Obsidian Entertainment wie jak robić RPGi, więc jestem spokojny. Jeśli tylko tytuł nie będzie zbytnio polegał na nostalgii za Baldurami i Tormentami, będzie dobrze. Przybliżona data wydania to ostatni kwartał roku, więc możliwe, że premiera zostanie przesunięta na 2015.

Na tych czterech pozycjach kończy się moja lista gier, które kupię od razu. Jest kilka tytułów nad którymi się zastanowię, ale będę raczej czekał na obniżki i promocje.

Nowy „Thief” (28 lutego). Biję się z myślami czy kupować w dniu premiery. Eidos Montreal świetnie wskrzesił „Deus Ex”, a materiały, które do tej pory widziałem są bardzo zachęcające. Gdyby doba była trochę dłuższa, a portfel bardziej pojemny, nie zastanawiałbym się.

„Titanfall” (13 marca). Dużo hype’u, mnóstwo nagród za „Najbardziej oczekiwaną grę” i obiecujące gameplaye. Dla mnie FPSy są raczej na końcu listy życzeń.

„Dark Souls II” (14 marca). Poczekam na recenzje wersji PCtowej. Port pierwszej części na tą platformę zebrał straszne baty za siermiężne sterowanie i jest to jedyny argument, który do tej pory odstrasza mnie trochę przed kupnem.

„Elder Scrolls Online” (4 kwietnia). Możliwa wtopa roku. Fajne trailery, ale klip z rozgrywki już mnie tak nie urzekł – wygląda na kolejnego klona sprawdzonej formuły. Nie zagłębiałem się w temat prawie wcale, bo nie zamierzam grać. Rynek MMO jest już zbyt nasycony tytułami zbyt podobnymi do siebie.

„Mad Max”. Podobno ma wyjśc w tym roku. Interesujące zapowiedzi, developer z doświadczeniem w grach akcji, dorzucony crafting i ulepszanie auta. Jeśli trafią z klimatem może wyjść smakowicie.

„Watch Dogs”. Również dużo hype’u, któremu jakiś czas temu sam się poddałem. Teraz trochę ochłonąłem, ale nie zmienia to faktu, że prędzej czy później w to zagram. Raczej prędzej.

„WildStar”. Kolejny MMO-klon. Dla odmiany nazywany przez niektórych najlepszym klonem, który zrobi najlepiej najwięcej rzeczy. Czytaj: jeśli grasz już w jakieś MMO i masz z niego frajdę, dobrze się zastanów nad przesiadką.

„Dragon Age: Inquisition”. Jakiś gameplay widziałem, wygląda OK. Zagram jednak dopiero, kiedy zobaczę dwie poprzednie części, a kolejka do nich jest ciągle długa.

„Lords of the Fallen”. Trailer klimatyczny, polska produkcja, kibicuję i w sprzyjających okolicznościach nabędę od razu.

„EverQuest Next”. Zapowiadany i wyglądający na pierwsze MMO kolejnej generacji. Zupełnie inne podejście oraz odważne i wielkie obietnice. Trochę wątpię czy ukaże się w tym roku. Jednak premiera na pewno będzie wydarzeniem.

„Wasteland 2”. Miał wyjść w zeszłym, mam nadzieję, że wyjdzie w tym roku. Bije starymi Falloutami po oczach. Tak samo jak w przypadku „Pillars of Eternity” trzeba jednak uważać żeby sentyment nie przesłonił faktycznej wartości.

Warto jeszcze wspomnieć o innych trzech polskich produkcjach. „Dying Light” i „Hellraid” – obydwie od Techlandu. Ta pierwsza zdaje się być kontynuacją dobrych doświadczeń developera z tytułami, gdzie zombiaki odgrywają kluczową rolę. Ta druga to pierwszoosobowy hack’n’slash. „The Vanishing of Ethan Carter” – pierwsza gra studia The Astronauts, utrzymana w klimacie opowieści grozy rodem z H. P. Lovecrafta.

Tak to mniej więcej będzie wyglądało. Jeśli coś przeoczyłem, dajcie znać. Z listy z 2013 roku nie zagrałem w żaden z wymienionych tam tytułów. Na szczęście nie powtórzy się to kiedy wychodzą gry CD Projektu i Blizzarda oraz sporo innych naprawdę świetnie się zapowiadających.