25. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi 2014

Na imprezie o takiej skali byłem pierwszy raz w życiu. W ogóle to dopiero mój trzeci konwent/festiwal – wcześniej, w tym i w zeszłym roku, zaliczyłem tylko dwie edycje Bałtyckiego Festiwalu Komiksu (relacje tu i tu). Nie jestem znawcą czy też „hardkorowym” komiksiarzem, ale pierwszej (i mam nadzieję, że nie ostatniej) wizyty Andreasa w Polsce nie mogłem odpuścić. Twórca ten jest jedną z głównych przyczyn, dla której do dziś czytam i zbieram zeszyty z obrazkami. Przy okazji chciałem również zobaczyć jak „emefka” wygląda na żywo.

Festiwalowi towarzyszyła część poświęcona grom komputerowym, o której wspomnę pod koniec.

Zacznę od minusów, które niestety rzuciły trochę cienia na całą wyprawę (350 km w jedną stronę). Jak na imprezę, która przyciąga tysiące fanów i ma w nazwie określenie „międzynarodowy”, to organizacja była po prostu fatalna. W sobotę przyszedłem wcześniej i kolejka po bilety nie dała mi się we znaki, ale widziałem zdjęcia i czytałem relacje ludzi czekających kilkadziesiąt minut na wejście. Jedna kasa biletowa, brak możliwości kupna biletu w piątek (byłem, pytałem), brak wydzielonych alejek ze słupków i taśmy oraz wystawcy i organizatorzy wchodzący głównym wejściem, przy którym już tłoczyli się widzowie (w pewnym momencie dało się nawet słyszeć podniesione, nerwowe głosy). Już ten początek nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia.

No i oczywiście sprawa z autografami. Pierwszy dzień festiwalu był dla mnie pod tym względem stracony, ale sam jestem sobie winien. Informacja o systemie numerków pojawiła się na stronie kilka dni przed wydarzeniem i po prostu ją przegapiłem. Mówi się trudno, jest jeszcze niedziela. Drugiego dnia najpierw przyszło zaniepokojonie, kiedy jeden z uczestników wyszedł z inicjatywą listy kolejkowej, bo podobno były osoby, które dostawały się na Arenę wcześniej, zapewniając sobie przewagę. Lista miała pomóc w ewentualnych negocjacjach z organizatorami. Wpisałem się, co mi szkodzi – byłem na początku czwartej dziesiątki. Po wejściu i udaniu się szybkim krokiem na płytę zobaczyłem, oprócz tych trzydziestu paru osób stojących przede mną na zewnątrz, jakąś kolejną trzydziestkę ludzi. Numerki do Andreasa skończyły się kiedy byłem osiemnasty. Organizatorzy nie widzieli nic złego w tym, że kilkadziesiąt osób było wewnątrz jeszcze przed oficjalnym otwarciem.

System w teorii bardzo sensowny okazał się nieporozumieniem przez brak jakiejkolwiek kontroli. Samo wydawanie też szło powoli – jedna osoba rozszyfrowywała skróty jakimi oznaczeni byli poszczególni twórcy, a druga odcinała nożyczkami kolejne kupony z numerami. Jeśli jest jakiś regulamin na zorganizowanej imprezie, to oczekiwałem od niego traktowania sprawiedliwie wszystkich zainteresowanych. Nie miało to jednak miejsca. Jest to doświadczenie, które zapamiętam na przyszłość.

Poza tym było super.
plyta 02 Ze względu na ograniczone fundusze wielkich zakupów nie zrobiłem: Hawkeye vol. 1 Fractiona i Aja (Aji?) (co chwilę mi ktoś go polecał, był od dawna w planach), książka Piotra Mańkowskiego „Cyfrowe marzenia” oraz komiks „Umarłem na Gibraltarze” ze scenariuszem tegoż i rysunkami Tomasza Kleszcza. Obydwie pozycje podpisane przez naczelnego wskrzeszonego Secret Service, w komiksie również rysunek.

Zaliczyłem też spotkanie z dawno nie widzianym kumplem oraz kilka ciekawych paneli. Pierwszy z nich to „Kanon Komiksu”. kanon komiksu Taki tytuł nosi nowa seria Egmontu – 12 albumów, „które wypada znać”. Bardzo fajna inicjatywa mająca na celu przyciągnąć nowych czytelników. Jest patronat medialny, który ma akcję rozreklamować, a Empik ma zapewnić odpowiednio widoczną ekspozycję. Dyskusja też była ciekawa – dlaczego takie, a nie inne tytuły, dlaczego dwanaście, dlaczego brakuje mangi oraz innych autorów. Ta kolekcja pokazuje też ogrom moich zaległości – znam tylko cztery pozycje. Muszę też zapamiętać nazwisko Scott McCloud, o którym wspomniał Jakub Demiańczuk, zachwalając jego książkę „Understanding Comics”.

Na panelu poświęconym 75-leciu Batmana nie dowiedziałem się wielu nowych rzeczy, ale spotkanie miało miłą atmosferę. Warto zaznaczyć, że sala podczas tego wykładu była wypełniona po brzegi – dowód, że Nietoperz cały czas cieszy się ogromną popularnością.

Spotkanie z Jeanem van Hamme nie zdołało mnie zainteresować. Dopadło mnie też zmęczenie i po 20 minutach wyszedłem i wróciłem do hostelu.

Drugiego dnia, po dotarciu na spotkanie ze Śledziem trafiłem na panel… Grzegorza Rosińskiego.
rosinski 02 Kolejna organizacyjna wpadka – nastąpiła zmiana w programie, o której zdawał się wiedzieć tylko rysownik Thorgala, siedział za stołem i czekał. W międzyczasie widziałem jak kilka osób podaje komiksy do podpisania. Nie wahałem się ani chwili i tak oto też zdobyłem autograf jednego z moich ulubionych twórców. Prowadzący zjawił się po kilku minutach, wyraźnie zaskoczony zmianą rozkładu jazdy, ale nie przeszkodziło mu to przeprowadzić bardzo interesującej rozmowy.

Potem przyszła kolej na Śledzia.
sledziu 02 Można było się dowiedzieć, że będą kolejne rysunki w Secret Service, że pracuje na etacie w studiu Human Ark, że będzie kolejne zbiorcze „Osiedle Swoboda” i jest spora szansa na Osiedlowy serial animowany (albo film – pamięć mam dobrą, ale krótką). Na pierwszym, „poProduktowym” numerze „Osiedla” udało mi się zdobyć rysunek autora.

No i na koniec spotkanie z Andreasem, który przybył z kolorystką Isą Cochet.
andreas 01 Twórca „Rorka” posługiwał się płynną angielszczyzną z lekkim niemieckim akcentem. Opowiadał o szkole i początkach w komiksie, o technikach jakich stosuje (nic cyfrowego), o swoim systemie pracy (wstaje o 6 i systematycznie pracuje kilka godzin z przerwami) czy o tym, że gdyby 20 lat temu przyszła oferta z DC Comics, to mielibyśmy co najmniej kilka albumów z Batmanem z mistrzowskimi rysunkami. Andreas sprawiał wrażenie cichego, skromnego człowieka. Na zakończenie dostał od prowadzącego ładnie oprawione pierwsze wydanie Rorka z Komiksu Fantastyki z 1989 roku. Autor pewnie nie zdaje sobie sprawy, ale dla mnie i zapewne dla wielu innych to bardzo symboliczny prezent – ten album to absolutne początki mojego zainteresowania tym medium.

W trakcie czułem się trochę rozczarowany słabą organizacją i sytuacją z tymi nieszczęsnymi autografami, ale ogólnie festiwal oceniam pozytywnie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku impreza będzie bardziej dopieszczona i sprawi wszystkim jeszcze więcej radości.

Na koniec obiecane kilka słów o części growej MFKiG. Tutaj też nie obyło się bez kłopotów. Ekrany rozstawione wokół widowni, które miały pokazywać rozgrywki z turniejów (Starcraft II, DOTA 2, LoL, Hearthstone, Counter Strike), pierwszego dnia pokazywały tylko logo organizatora, plakat festiwalu lub rozgrywkę w Sapera, którą operator projektora chciał trochę rozbawić publiczność. Oświetlenie też chyba wysiadło, bo było zdecydowanie za ciemno. Zwłaszcza, że również na płycie była strefa autografów. W niedzielę problemy techniczne zostały już zażegnane i obejrzałem finał karcianki Blizzarda. Ekran z LoLem też działał i przyciągnął dużą widownię. Połączenie komiksu i gier przeszkadzało mi tylko w jednym aspekcie – więcej paneli, których nie można pogodzić z pozostałymi punktami tak napakowanego programu.

Relacja z Bałtyckiego Festiwalu Komiksu 2014

Za nami siódma edycja Bałtyckiego Festiwalu Komiksu. Po pozytywnych wrażeniach z zeszłego roku, nie mogłem odpuścić.
bfk2014_plakat
Tym razem zaliczyłem większość prelekcji i paneli, i muszę napisać, że wszystkie stały na co najmniej dobrym poziomie. No ale po kolei.

Piątek

Dzień mangowy – wszystkie spotkania poruszały temat komiksów rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. Na miejsce przybyłem w połowie panelu o serii Naruto, na której temat toczyła się już ożywiona dyskusja.
naruto Jako że nie jestem jeszcze nawet debiutantem w tym gatunku, przez następnych kilka godzin chłonąłem tylko wiedzę.

Następna prelekcja podjęła temat różnych sztuk walki występujących w komiksie japońskim.
sztuki walki 2 Wrócił temat Naruto, ale wymienionych zostało również kilka innych tytułów oraz omówiono które postacie jakich stylów i technik używają. Prowadzący wykazał spore obeznanie w temacie.

Panel dyskusyjny o polskich wydawcach mang obezwładniał ilością podawanych tytułów ukazujących się w naszym kraju. Utwierdził mnie też w przekonaniu, że póki co jestem chyba tylko targetem wydawnictwa Hanami. „Pluto” nadal cierpliwie czeka na półce.

Pierwszy dzień festiwalowy zakończyłem w połowie prelekcji o Visual Novel – gatunku gier, które bardziej przypominają interaktywną powieść, gdzie użytkownik ma wpływ na losy bohaterów i zakończenie. Mnogość ścieżek prowadzących do rozwiązania fabuły z reguły przewyższa ilość epilogów dostępnych w najbardziej zaawansowanych komputerowych RPGach. Jak dla mnie jest tam jednak zbyt mało faktycznej rozgrywki. Mówiąc kolokwialnie – nie moja bajka.

Sobota

Zacząłem od giełdy. Pierwsza rzuciła mi się w oczy książka Łukasza Kowalczuka o TM-Semic, o której zdążyłem już zapomnieć. Kupiłem natychmiast. Z „Monsterem” od Hanami byłem bardziej ostrożny, ale ostatecznie też trafiła w moje ręce. Pozycja o najsłynniejszym wydawcy komiksów w Polsce została już zaczęta i wrócę do niej jak tylko skończę obecną lekturę.

Gośćmi panelu wydawców był Arkadiusz Salamoński, zajmujący się składem komiksów i współpracujący z kilkoma wydawnictwami (m.in. Taurus, Elemental, Wydawnictwo Komiksowe, Egmont), Sylwia Waszewska z wydawnictwa Taiga oraz Radosław Bolałek z Hanami. Muszę niestety dać minus prowadzącym za brak przedstawienia uczestników. Nazwisko pana Arkadiusza usłyszeliśmy w trakcie, przedstawiciela Hanami kojarzę, a pani Sylwia pozostała anonimowa i jej nazwisko zgaduję z pomocą strony internetowej wydawnictwa.

Siedzą od lewej: Arkadiusz Salamoński, Sylwia Waszewska, Radosław Bolałek

Siedzą od lewej: Arkadiusz Salamoński, Sylwia Waszewska, Radosław Bolałek

Najciekawsze informacje przekazał chyba pan Salamoński – mówił na czym polega skład, dlaczego trudno pracuje się z mangą (odwrócony układ strony – od prawej do lewej), czy jak się przygotowuje i „rewitalizuje” stare tytuły, kiedy chce się je wydać współcześnie. Zdradził też kilka planów wydawniczych. Nie spamiętałem wszystkich (za rok chyba wezmę jednak jakiś notes), ale na pewno będę jeszcze jedne „Żywe trupy” od Taurusa, jakiś trade „Valeriana” (chyba też od nich) na Gwiazdkę i kilka tomów „Wież Bois-Maury”, ale z tego co widzę na gildii już wiszą zapowiedzi tychże. Jak bumerang wrócił oczywiście temat kondycji rynku. Diagnoza nie ulega zmianie – jest nieźle, ale mogłoby być sporo lepiej. Nie pomaga fakt, że ogólnie pojęta kultura w Polsce ciągle kuleje. Ci, którzy się interesują, zawsze będą w mniejszym lub większym stopniu aktywni, problem z przyciągnięciem przeciętnego Kowalskiego. No i oczywiście finanse oraz piractwo – tematy ze sobą powiązane i dość rozległe, dlatego nie będę pisał o nich teraz. Aczkolwiek w komentarzach można zaszaleć, chętnie podyskutuję.

Następna prelekcja traktowała o drugoplanowych bohaterach Marvela, którzy dorobili się własnych interesujących serii. Kajetan Kusina jest już trzecią osobą, która świadomie, bądź nieświadomie zachęca mnie do „Hawkeye’a” Fractiona i Aji (Aja?). Z pozostałych omawianych tytułów – „The Incredible Hercules”, „Nextwave: Agents of H.A.T.E.” i „Moon Knight”, najbardziej zainteresował mnie ten drugi. Może kiedyś. Mała uwaga do prelegenta – następnym razem mów trochę spokojniej i wolniej :-)

„Komiksowi zapaśnicy” to głównie podróż w rejony tak złe, że aż dobre. Przykład:
zapasnicy 2 Nie zabrakło kultowej „Tygrysiej maski” (pamiętam kreskówkę, dla nas dzieciaków to była miazga wtedy), Wojowniczych Żółwi Ninja, czy nawet ciekawie się zapowiadającego komiksu kobiecego („Whoa, Nellie!”).

Kolejnym punktem miało być spotkanie z Igorem Baranko, ale autor nie dotarł. Nie wiem jaka była przyczyna, bo musiałem wyjść i ominęło mnie ewentualne wytłumaczenie nieobecności. Trochę szkoda. Mi osobiście nie zrobiło to wielkiej różnicy, bo twórczości nie znam, ale biorąc pod uwagę również brak zapowiadanego Romana Surżenko, jest to organizacyjno-wizerunkowa wpadka. W zastępstwie można było wysłuchać panelu o nadchodzących ekranizacjach komiksów Marvela.

O 16 przyszła pora na największą gwiazdę dnia – Jakuba „Dema” Dębskiego.
dem Nieśmiało się przyznam, że nie znam twórczości komiksowej, ani nie byłem widzem kanału youtube. Kilka dni wcześniej obejrzałem na chybił trafił dwa klipy. Dlatego też poczułem się nieco surrealistycznie oraz byłem zwyczajnie zaskoczony, że w tak małej sali zmieściło się tyle ludzi. Pomieszczenie było solidnie napakowane. Na panelu pojawiła się masa młodzieży i zgaduję, że byli to w ogromnej większości właśnie widzowie, dlatego brawa należą się prowadzącemu Filipowi Bąkowi, który od początku bardzo duży nacisk położył na twórczość komiksową Dema, a działalność filmowa była drugim planem. Taki gość to bardzo duża promocja imprezy i samego medium – mam nadzieję, że fani po tym wywiadzie sięgną po papierowe dzieła Dębskiego. Ja na pewno to zrobię – Dem sprawił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, abstrakcyjny humor też trafia w moje gusta. Kanał także zasubskrybowany.

Niedziela

Zaczęliśmy od Alana Moore’a i Granta Morrisona. Świetny materiał porównujący style i twórczość obydwu Brytyjczyków oraz przybliżający ich medialne wojenki i prowokacje.
moore morrison Kolejne trzy prelekcje: „Prawa człowieka w komiksie” (doskonałe przykłady, że medium obrazkowe nadaje się i potrafi przedstawiać trudne i ważne tematy), „Futurologia Enkiego Bilala” i „Żywe Trupy Roberta Kirkmana” (kolejnych dwóch autorów, których chciałbym kiedyś nadrobić) to kontynuacja bardzo dobrego przygotowania i przedstawienia tematów. Zdecydowanie warto było być na każdym z tych paneli. Na ostatnią prezentację („Animacje Jana Švankmajera”) nie miałem już zwyczajnie siły. To było „tylko” siedzenie i słuchanie, ale okazało się, że taki weekend potrafi jednak zmęczyć.

Podsumowując – każdy prelegent zasługuje na słowa uznania. Błędy wytykałem wyłącznie w dobrej wierze – absolutnie nie znaczy to, że nie doceniam nakładu pracy. Doceniam i to bardzo, wszyscy odwalili kawał dobrej roboty. Pomimo braku Surżenko i Baranko, festiwal po raz drugi z rzędu zaliczam do udanych, czekam na przyszłe lato i jestem przekonany, że organizatorzy i uczestnicy znowu dadzą radę. Atmosfera była znakomita.

Kończąc, w imieniu swoim i kumpla, chciałem jeszcze raz gorąco podziękować Łukaszowi Kowalczukowi i Jakubowi Dębskiemu za autograf i rysunki :-)

Apdejt #3

Film

Japońskiego oryginału „Godzilli” nie dane mi było jeszcze obejrzeć. Widziałem tylko wersję Emmericha, która była słaba i na której nieźle się wynudziłem. Legendary Pictures spisało się dużo lepiej.
godzilla Trzeba oczywiście zacząć od rozwałki i efektów specjalnych, których nie brakuje, i które są na bardzo wysokim poziomie. Po raz kolejny nie polecam jednak 3D – miałem wybór i zaryzykowałem, po czym oczywiście plułem sobie w brodę. Przynajmniej obraz nie był tak ciemny jak w większości filmów i pomimo dużej ilości scen w nocy, dało się wszystko widzieć bez problemów. Godzilla jest potężna i budzi respekt, jej przeciwnicy również nie mają się czego wstydzić. Trailerowe sceny z flarami i skokiem HALO robią świetne wrażenie na dużym ekranie. Scen akcji nie brakuje, ale twórcy bardzo wyraźnie zaznaczyli też wątki „ludzkie”. O ile miłą odmianą jest patrzeć na kolejne, spowodowane przez potwory, kataklizmy z naszej perspektywy, tak ich schematyczność i przewidywalność jest dużym minusem. Pomimo nikłej oryginalności w tym aspekcie to nadal bardzo dobre kino rozrywkowe. 7/10

Generalnie nie lubię restartów i nie przepadam za ideą remake’ów. Trzeci Spider-Man Raimiego do tej pory wzbudza we mnie na tyle negatywne uczucia, że nowe filmy z Pająkiem postanowiłem oglądać na DVD. Ale… Dobry restart nie jest zły, a na porządnym remake’u również nie będę wieszał psów. Nowi X-Meni należą do tego pierwszego rodzaju.
x-men-days-of-future-past „Days of Future Past” nie jest absolutnie gorsze od pierwszej części, a w scenach akcji (zwłaszcza w początkowych 30-40 minutach) jest nawet lepsze. Relacje i dialogi między nową a starą ekipą są takie, jakie powinny być – dynamiczne, z jajem i służące za komediowy równoważnik. I nie, nie bryluje tu Wolverine. Quicksilver w wykonaniu Evana Petersa kradnie mu najlepsze momenty. W zasadzie można iść do kina tylko dla tego występu. BTW ciekawa sprawa, że Maximoff pojawił się tutaj i będzie w następnych „Avengersach”, którzy powstają w konkurencyjnym studiu. Niezbadane są ścieżki praw autorskich. Jeśli się wybierzecie, koniecznie zostańcie do końca napisów. 8/10

Seriale

Ostatnio jestem na bieżąco tylko z „Grą o Tron”. Wszystko dzięki play-offom NBA, przez które narobiłem sobie sporych zaległości i zacząłem z nich wychodzić dopiero w ubiegły weekend – dokończyłem „Agents of S.H.I.E.L.D.”. Pierwszych kilka odcinków było naprawdę słabych – cienka intryga albo wręcz jej brak, co najwyżej przeciętne aktorstwo (które do końca pozostało chyba największą wadą) i słaba akcja. Były przebłyski, ale to wciąż mało. Zaczęło być lepiej gdzieś tak w okolicach 8-go epizodu, od 10-go dało się „Agentów” oglądać bez zażenowania, a w odcinkach równoległych i kontynuujących wątki z drugiego „Kapitana Ameryka” (czyli do końca) było już naprawdę dobrze. Drugi sezon na pewno będę oglądał, ale nie oczekuję fajerwerków.

Następny w kolejce jest „Arrow” (zostały mi 3 odcinki), drudzy „Wikingowie” i oczywiście nowy Jack Bauer.

Komiksy

Nadgoniłem 11 albumów z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela od Hachette (15-22, 23+30 oraz 24). Zdecydowana większość z nich była co najmniej bardzo dobra. Skupię się na trzech najlepszych.

„Planet Hulk” – epicka opowieść pokazująca jak powinny wyglądać komiksy akcji z „Zielonym” w roli głównej. Pomimo tego, że nie ma tu zbyt wiele nowych pomysłów czy rozwiązań fabularnych, świetnie się to czyta. Rysunki też są z pierwszej ligi. Umieszczenie Hulka w takim świecie i w takiej sytuacji doskonale się sprawdziło.

„Daredevil: Born Again” – Frank Miller i David Mazzucchelli dają nieźle popalić. Po przeczytaniu żałowałem tylko jednego – że jeszcze nie dane mi było mieć w rękach „Batman: Year One” tego samego duetu. Fabularnie to jeden z najlepszych tytułów Marvela jakie czytałem. Rysunki też są klasą samą w sobie (kilka pojedynczych ramek zwaliło mnie wręcz z nóg).

„Invincible Iron Man: Five Nightmares” – jak do tej pory największe zaskoczenie Kolekcji. Komiks w pewnym sensie jest alternatywnym sequelem pierwszego filmu o Iron Manie – głównym przeciwnikiem Starka jest syn Obadiaha Stane’a. Sam Tony stoi na czele S.H.I.E.L.D., nadal jest niestrudzonym playboyem, ma problemy z alkoholem i przy okazji musi sobie poradzić z kryzysem w skali światowej. Wisienką na torcie jest ostatni rozdział, w którym pojawia się Spider-Man. Relacje i dialogi obydwu bohaterów dobitnie pokazują, że filmowi „Avengersi” byliby jeszcze lepsi z Człowiekiem Pająkiem.

Apdejt #2

Komiks

Batman: The Court of Owls„Batman: The Court of Owls” („Batman: Trybunał Sów”)

W końcu przeczytałem drugi tom polskiego wydania. Po pierwszym byłem zachwycony, teraz entuzjazm nieco opadł. To nadal jest świetny Nietoperz, ale druga połowa historii straciła już trochę na impecie. Koncept Trybunału, jego historia i powiązania z rodem Wayne’ów podobają mi się, stroje i ekwipunek Szponów jeszcze bardziej, ale zwłaszcza pod koniec twórcy nie uciekli od wtórności. W sumie żadne zaskoczenie – ostatecznie jest to restart serii. Mimo wszystko liczyłem na więcej. Ciekawe wątki ojca Alfreda i Mr. Freeze’a, którego zawsze uważałem za nudnego – duży plus za to.

Curse of the Worgen„World of Warcraft: Curse of the Worgen”

Bodaj pierwszy przeczytany przeze mnie anglojęzyczny komiks. W 2012 Egmont próbował wydawać tytuły ze świata Warcrafta, skończyło się na dwóch zbiorczych numerach. Ciekaw jestem jak bardzo niska była sprzedaż. Zarówno vol. 1 i 2 (podejrzewam, że 3 i 4 również) oraz „Curse of the Worgen” to typowa rozrywkowa pulpa, ale mimo wszystko szkoda, że seria nie przyjęła się w Polsce, bo od czasu do czasu lubię się odprężyć przy czymś lekkim. Fani dodatkowo wyłapią smaczki i co najmniej kilka znanych postaci, które przewijają się na drugim planie lub w tle opowieści. Jeśli chodzi o scenariusz, to CotW stoi na nieco wyższym poziomie. Miejscami panuje tylko za duży chaos. Ewentualnie odczucie zamieszania było spowodowane czytaniem w obcym języku. Graczom polecam, chociażby dla zaspokojenia ciekawości. Nie-gracze niech sięgną tylko, jeśli są fanami medium.

The Winter Soldier (comic)„Captain America: The Winter Soldier” („Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”)

Z Kapitanem miałem jak z Supermanem – zbyt jednowymiarowa i grzeczna postać żeby się nią interesować. W dodatku prawie w ogóle nie znałem historii i nie przeczytałem żadnego „dedykowanego” tytułu – tylko okazjonalne gościnne występy u innych superbohaterów. „Zimowy Żołnierz” pokazał mi, że oczywiście jestem ignorantem. Nie jest to arcydzieło, ale historia jak najbardziej ciekawa. Główny bohater jest bardzo dobrze przedstawiony, dzięki czemu mogłem w końcu zobaczyć na czym ta postać tak naprawdę polega. Losy Buckiego i jego zmartwychwstanie (nie, to nie spoiler) nieźle przemyślane i trzymające się kupy.

Film

/The Winter Soldier (film)„Captain America: The Winter Soldier”

Miałem obawy czy to będzie dobre. Na szczęście bezpodstawne. Lepszy niż pierwsza część i sporo lepszy od Thorów (które straciły w moich oczach po premierze sequela). Ba, „Winter Soldier” spokojnie może rywalizować z Iron Manem. Wyszedł bardzo dobry szpiegowski sensacyjniak (użycie słowa „thriller” byłoby sporym nadużyciem). Zmiany w stosunku do komiksu absolutnie nie zaszkodziły, akcja jest wartka i efektowna. W tym miejscu chciałbym po raz n-ty wypomnieć zbędne 3D, dzięki któremu obraz jest ciemniejszy i szybkie sekwencje będą się lepiej prezentować na Blu-Rayu. Falcon dobrze wprowadzony i już widać, że łatwo się zaaklimatyzuje w ekipie. Z drugiej strony w drugich Avengersach będzie jeszcze mniej czasu dla poszczególnych bohaterów.

Następnym superhero na jakie pójdę będą X-Meni, ale w międzyczasie na pewno trafi się coś interesującego, nie będącego adaptacją komiksu. Na razie jednak nie wychodzę poza klimat – obecnie na tapecie mam wywiad-rzekę z Alanem Moorem i na pewno dam znać kiedy go skończę.