„The Wolf of Wall Street” („Wilk z Wall Street”)

„On a daily basis I consume enough drugs to sedate Manhattan, Long Island, and Queens for a month. I take Quaaludes 10-15 times a day for my „back pain”, Adderall to stay focused, Xanax to take the edge off, part to mellow me out, cocaine to wake me back up again, and morphine… Well, because it’s awesome.”

The Wolf of Wall Street
„Kasyno” z młodszą obsadą i w innym środowisku. Co absolutnie nie jest wadą. Wygląda na to, że ulubioną tematyką Martina Scorsese są losy indywiduów, którzy dorabiają się fortun w mniej lub bardziej legalny sposób (przeważnie mniej… właściwie to zawsze mniej, ale tak zdanie brzmi lepiej ;-)), po czym zaczynają tracić kontrolę nad swoim sukcesem, rodziną, przyjaciółmi i przede wszystkim sobą. Leonardo DiCaprio w roli Jordana Belforta daje kolejny aktorski popis, zaś Jonah Hill wraz z liczną ekipą drugoplanową dzielnie dotrzymują mu kroku.

Jak zwykle w przypadku tego typu filmów Scorsese, jest głos z offu głównego bohatera, mnóstwo rozbudowanych dialogów oraz scen, które śmieszą, a które tak naprawdę powinny nas straszyć. Autentycznie śmiesznych też jest trochę. W tle przewija się również temat, który obszerniej i poważniej potraktowano w „Margin Call”. Wniosek (nieodkrywczy) jest jednak ten sam – giełda to jedna wielka ściema, a zarabiają tam tylko najsprytniejsi.

Jedyną wadą, którą wytknął niezawodny Quentin, jest 45-60 końcowych minut. Ostatni akt jest zbyt rozwleczony, ma się wręcz wrażenie, że sztucznie przedłużany. Mimo tego trzy godziny seansu mijają bardzo szybko i zdecydowanie warto „Wilka…” obejrzeć. 8/10