Ant-Man

Drugi sprawdzian filmowego Marvela (po „Strażnikach Galaktyki”), który miał pokazać czy z mniej znanej postaci też można nakręcić udany tytuł. O ile „Guardiansi” od początku prezentowali się dobrze na ekranie i wyglądali na superbohaterów (kosmiczny Hulk, cwaniaczek z fajną maską i w płaszczu, laska-zabójczyni oraz Drzewiec z szopem na ramieniu), tak „mocą” Człowieka-mrówki jest… zmniejszanie się i wydawanie rozkazów owadom. W dodatku może to robić tylko dzięki specjalnemu skafandrowi. Zgadliście, Marvelowi znowu wyszło.

Ant-Man
Zacznijmy od tego, że to też kino gatunków. Tym razem mamy film o włamaniu z bardzo dużą dawką komedii. Spokojnie, śmiesznych scen jest sporo, ale po pierwsze opierają się na pojedynkach słownych i żartach sytuacyjnych, a po drugie świetnie komponują się z postacią Scotta Langa (Rudd) i absolutnie nie są przesadzone, nachalne, nie męczą czy są przekombinowane (może z wyjątkiem jednego z ostatnich motywów). Tak więc mamy Hanka Pyma (Douglas), który wymyślił kostium i formułę na zmniejszanie. Zrobił to pracując dla S.H.I.E.L.D., nie spodobało mu się, że „firma” próbuje odkryć jego tajemnice i nie wiadomo do czego użyć, więc odchodzi. Zakłada własne laboratorium, bierze pod skrzydła młodego zdolnego (Stoll), który oczywiście okazuje się kanalią i też zaczyna pracować nad własną „ant-manowską” formułą. Pym wraz z córką Hope (Lilly) postanawia mu przeszkodzić – wykraść strój Yellowjacketa i wyniki badań. Do kradzieży upatruje Scotta Langa, świetnego włamywacza, który właśnie skończył odsiadkę. Klasyczny schemat heist movie, prawda? Jest werbunek, wtajemniczenie w spisek, przygotowanie do skoku oraz punkt kulminacyjny czyli „robota” i finalna konfrontacja. Nie mam za bardzo do czego się przyczepić – konwencja zachowana, realizacja sprawna i zabawa przednia.

Wspomniane „moce” Ant-Mana, które mogą wydawać się dziwne czy zabawne na ekranie prezentują się świetnie. Walki, latanie, sceny z mrówkami – wszystko gra. Widać oczywiście, że to w ogromnej większości efekty komputerowe, ale są na tradycyjnie wysokim poziomie i nie czułem żadnych zgrzytów. Doskonały jest też montaż sekwencji, w której kumpel Langa grany przez Micheala Peña(ę?) opowiada o „łatwej, pewnej robocie” – tego nie można opisać, to trzeba zobaczyć.

Paul Rudd dołącza do grona aktorów, na których psioczono przy ogłaszaniu roli i który wyszedł z tego nie tylko obronną ręką, ale wyprowadził też nokautujący lewy prosty. Nie mogę się doczekać na jego konfrontację z Downeyem Jr. w „Civil War”. Tony Stark ma godnego przeciwnika jeśli chodzi o uwodzicielską łobuzerskość. O Michaelu Douglasie również należy napisać kilka ciepłych słów. Po prostu klasa – bardzo dobrze wcielił się w rolę mentora i po raz kolejny pokazał, że potrafi być też zabawny. Angaż tego aktora wyszedł filmowi i myślę że także całemu MCU na dobre.

Już chyba oficjalnie można uznać, że Marvel może kręcić co tylko zechce. Nie wszystkie filmy wyszły im bardzo dobrze (Thory jednak takie se, Hulk też), ale poniżej pewnego poziomu nie schodzą i potrafią pozytywnie zaskoczyć od czasu do czasu. Moim zdaniem „Ant-Man” jest po „Iron Manie” i „Winter Soldier” trzecim najlepszym, „solowym” marvelowskim filmem. 7,5/10

PS. Mimo wszystko jeszcze dość długo będę się zastanawiał co z tematu zrobiłby Edgar Wright.