Filmowo-growe podsumowanie 2015 roku

outatime.pl niezbyt dumnie przedstawia mocno spóźnioną i powstającą w ogromnych bólach notkę-wyliczankę. Powodzenia.

Na początek trzy tytuły z 2014, które w Polsce miały premierę w zeszłym roku: The Imitation Game, Birdman oraz Whiplash. Ten ostatni to zasadniczo dyszka, ale dwa pozostałe również bardzo dobre i wręcz obowiązkowe.

Powyższe to jednocześnie większość poważnych dzieł jakie obejrzałem – reszta to kino mniej lub bardziej rozrywkowe. Filmem roku jest dla mnie oczywiście Mad Max: Fury Road. Wizualna i dźwiękowa uczta oraz nie zwalniająca, intensywna akcja. Jeśli chodzi o podobną „tematykę”, to jakiś kawałek za tym umieściłbym Kingsman: The Secret Service (Matthew Vaughn nadal nie zrobił słabego filmu), Ant-Mana (Marvel może wszystko), Mission Impossible: Rogue Nation (warto chociażby dla kaskaderskich popisów Toma Cruise’a), Spectre (może nieco słabszy od Skyfalla, ale to i tak nadal dobry Bond) oraz The Man from U.N.C.L.E. (luzacki hołd dla starych szpiegowskich filmów).

Ciekawy przypadek z tego Marsjanina. Niby SF, niby dramat człowieka kombinującego jak samotnie przetrwać na obcej planecie, ale najwięcej widziałem tam dobrej komedii. Wyszło to bardzo dobrze, jedynie pod koniec pojawiło się trochę nieprawdopodobzdurek.

Jest jeszcze Furious 7 tylko że to trochę inna kategoria, trzeba całkowicie wyciszyć szare komórki. No i był to widocznie gorszy odcinek od najlepszej „piątki”.

Terminator: Genisys o dziwo okazał się lepszy od dwóch poprzednich Elektronicznych Morderców i spokojnie mogę go polecić na długi zimowy wieczór.

Z kolei małym rozczarowaniem okazali się drudzy Avengersi. Absolutnie nie jest to zły film ze stajni Marvela, lecz kilka rzeczy za bardzo mi zgrzytało. Ant-Man wygrywa dość wyraźnie w porównaniu.

Czarny koń – What we do in the shadows. Nowozelandzka komedia o współczesnych wampirach utrzymana w formie mockumentary. Coś pięknego.

Z polskiego podwórka polecam Ziarno prawdy – świetny kryminał, kolejna bardzo dobra rola Więckiewicza.

I tak po tej całej wyliczance dochodzimy do Gwiezdnych Wojen. Można było więcej wyciągnąć z tematu. Bardzo na to liczyłem. Niestety twórcy poszli prostą, bezpieczną drogą i otrzymaliśmy „fan service” oraz dużo powtórzonych motywów. Nazywam to „Nową nadzieją na Powrót Jedi”. Jednak jeśli myślicie, że mi się nie podobało, to już wyprowadzam z błędu – bardzo mi się podobało. Tylko właśnie ten brak jakiegokolwiek ryzyka żeby wprowadzić coś nowego i zacząc trzecią trylogię z przytupem nadal mnie gryzie.

Na koniec wspomnę jeszcze o Evereście (warto), Ex Machina (bardzo warto) oraz przestrzegam przed Jurassic World (ile jeszcze razy można wymyślać nowe krwiożercze dinozaury i kręcić ten sam film?).

Seriale. Telewizyjne adaptacje komiksowe w natarciu. Agent Carter dobre, drugi sezon Agents of S.H.I.E.L.D. podobnie (nieporównanie lepszy od mizernych początków), Daredevil bardzo dobry, Jessica Jones ciutkę słabsza, ale nadal warto. Konkurencja z DC dostała lekkiej zadyszki w trzecim sezonie Arrowa, ale nadrobiła niezłym Flashem i akceptowalnym Gotham. Mieliśmy jeszcze jedną „chmurkową” adaptację – Powers. Taki sobie (z przebłyskami), lecz przede wszystkim dziwny to serial. Ciężko mi go ocenić jakoś sensowniej. Wikingowie z History wciąż trzymają poziom.

Natomiast dwie najlepsze serie zeszłego roku to dla mnie Sense8 (o którym już napomknąłem) oraz Better Call Saul – cudownie się wszystko zazębia w kolejnych odcinkach.

Z zaległości nadrobiłem sporo Supernatural – sześć sezonów w zeszłym i siódmy już w bieżącym roku. Im dalej, tym gorzej. Po piątym oglądam już siłą rozpędu i ciekawością co będzie dalej. Aczkolwiek kilka odcinków to małe perełki przy których bawiłem się wyśmienicie.

W grach niestety bez zmian – nie nadrobiłem absolutnie nic z „kupki wstydu”, która nieustannie się powiększa, a z nowości przeszedłem tylko Wiedźmina (i tak połowę Serc z Kamienia). Większość czasu pożarł World of Warcraft (do którego nie zajrzałem przez ostatni miesiąc, ale głód powoli wraca) i Hearthstone. Okazjonalnie odpaliłem jeszcze Diablo III, Magic Duels i Heroes of the Storm. Były też bety Might and Magic Heroes VII (niektóre rozwiązania fajne, ale technicznie masakra – po premierze nie było ponoć lepiej) oraz Ghost in the Shell: Stand Alone Complex – First Assault Online (brawa za zwięzły tytuł) – FPS w stylu Counter Strike’a, który jest obecnie w early accessie i ma całkiem dobre oceny. Grało mi się nieźle, ale zabrakło samozaparcia żeby przestawić moją komórkową pamięć z o wiele bardziej arcade’owego Quake’a III.

Dorobiłem się też tabletu i jednak zmieniłem nieco zdanie co do gier mobilnych – można trafić na fajne tytuły służące czy to zabiciu czasu albo relaksującej rozrywce, czy też na dłuższą, regularną zabawę. Ostatnio na tapecie mam głównie Magic the Gathering: Puzzle Quest oraz ciągle Fallout Shelter (chociaż osiągnąłem tam już prawie wszystko i coraz mniej sensu w tym widzę). Od czasu do czasu odkurzę też klasyki w postaci Kingdom Rush i Trials Frontier. Polecam także polską produkcję Earthcore: Shattered Elements.

No i to by było na tyle. Całkiem niezły był to rok. Filmowo nawet bardzo dobry. W grach chyba całkowicie ustrzegłem się rozczarowań czy innych wtop (bo byłem sprytny i w mało co grałem, a tym bardziej kupowałem. Heheszki.), którymi branża regularnie lubi sypnąć i na które wkurzam się (czasami jak cholera) jedynie jako obserwator.

Ant-Man

Drugi sprawdzian filmowego Marvela (po „Strażnikach Galaktyki”), który miał pokazać czy z mniej znanej postaci też można nakręcić udany tytuł. O ile „Guardiansi” od początku prezentowali się dobrze na ekranie i wyglądali na superbohaterów (kosmiczny Hulk, cwaniaczek z fajną maską i w płaszczu, laska-zabójczyni oraz Drzewiec z szopem na ramieniu), tak „mocą” Człowieka-mrówki jest… zmniejszanie się i wydawanie rozkazów owadom. W dodatku może to robić tylko dzięki specjalnemu skafandrowi. Zgadliście, Marvelowi znowu wyszło.

Ant-Man
Zacznijmy od tego, że to też kino gatunków. Tym razem mamy film o włamaniu z bardzo dużą dawką komedii. Spokojnie, śmiesznych scen jest sporo, ale po pierwsze opierają się na pojedynkach słownych i żartach sytuacyjnych, a po drugie świetnie komponują się z postacią Scotta Langa (Rudd) i absolutnie nie są przesadzone, nachalne, nie męczą czy są przekombinowane (może z wyjątkiem jednego z ostatnich motywów). Tak więc mamy Hanka Pyma (Douglas), który wymyślił kostium i formułę na zmniejszanie. Zrobił to pracując dla S.H.I.E.L.D., nie spodobało mu się, że „firma” próbuje odkryć jego tajemnice i nie wiadomo do czego użyć, więc odchodzi. Zakłada własne laboratorium, bierze pod skrzydła młodego zdolnego (Stoll), który oczywiście okazuje się kanalią i też zaczyna pracować nad własną „ant-manowską” formułą. Pym wraz z córką Hope (Lilly) postanawia mu przeszkodzić – wykraść strój Yellowjacketa i wyniki badań. Do kradzieży upatruje Scotta Langa, świetnego włamywacza, który właśnie skończył odsiadkę. Klasyczny schemat heist movie, prawda? Jest werbunek, wtajemniczenie w spisek, przygotowanie do skoku oraz punkt kulminacyjny czyli „robota” i finalna konfrontacja. Nie mam za bardzo do czego się przyczepić – konwencja zachowana, realizacja sprawna i zabawa przednia.

Wspomniane „moce” Ant-Mana, które mogą wydawać się dziwne czy zabawne na ekranie prezentują się świetnie. Walki, latanie, sceny z mrówkami – wszystko gra. Widać oczywiście, że to w ogromnej większości efekty komputerowe, ale są na tradycyjnie wysokim poziomie i nie czułem żadnych zgrzytów. Doskonały jest też montaż sekwencji, w której kumpel Langa grany przez Micheala Peña(ę?) opowiada o „łatwej, pewnej robocie” – tego nie można opisać, to trzeba zobaczyć.

Paul Rudd dołącza do grona aktorów, na których psioczono przy ogłaszaniu roli i który wyszedł z tego nie tylko obronną ręką, ale wyprowadził też nokautujący lewy prosty. Nie mogę się doczekać na jego konfrontację z Downeyem Jr. w „Civil War”. Tony Stark ma godnego przeciwnika jeśli chodzi o uwodzicielską łobuzerskość. O Michaelu Douglasie również należy napisać kilka ciepłych słów. Po prostu klasa – bardzo dobrze wcielił się w rolę mentora i po raz kolejny pokazał, że potrafi być też zabawny. Angaż tego aktora wyszedł filmowi i myślę że także całemu MCU na dobre.

Już chyba oficjalnie można uznać, że Marvel może kręcić co tylko zechce. Nie wszystkie filmy wyszły im bardzo dobrze (Thory jednak takie se, Hulk też), ale poniżej pewnego poziomu nie schodzą i potrafią pozytywnie zaskoczyć od czasu do czasu. Moim zdaniem „Ant-Man” jest po „Iron Manie” i „Winter Soldier” trzecim najlepszym, „solowym” marvelowskim filmem. 7,5/10

PS. Mimo wszystko jeszcze dość długo będę się zastanawiał co z tematu zrobiłby Edgar Wright.

Thor: The Dark World (Thor: Mroczny Świat)

Marvel na dobre rozkręcił już produkcję taśmową, która po prostu drukuje pieniądze. Dwa poprzednie filmy (Iron Man 3 i Avengers) zapewniły przychód powyżej 1 mld $ każdy, a drugi Thor przy pomocy Mjölnira miażdży obecnie całą konkurencję w box office. Jak na razie tylko Agents of S.H.I.E.L.D. są pozycją dla hardkorowych fanów (albo ludzi nie mających nic przeciwko zabieraniu im co tydzień 45 minut z życia przez przeciętny serial – należę do nich) i mogą zaliczyć cancel po pierwszym sezonie (albo wcześniej). thor_the_dark_world_scaled Wracając do boga piorunów. Przed pójściem do kina powtórzyłem sobie pierwszą część i muszę powiedzieć, że trochę straciła. W „dwójce” z kolei popełniono trochę, jak to nazywam, „sequelowych grzechów”. Przede wszystkim zbyt często jest śmiesznie. Nie wiem skąd się to bierze, ale bardzo często w drugich filmach upychają humor gdzie tylko się da, nawet w scenach gdzie najzwyczajniej w świecie nie pasuje. Zawsze mnie to drażni i nawet w przypadku „Dark World”, gdzie w większości dowcip wywołuje autentyczny śmiech, nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że gdyby trochę przestawili akcenty, wyszłoby lepiej.

Fabuła jest standardowa – wszechświat stoi na krawędzi zagłady, więc dzielni bohaterowie muszą się sprężyć, żeby go uratować. W tle sporo walki i romans, czyli wszystko czego można się spodziewać po filmie mającym dostarczyć trochę rozrywki. Na wyróżnienie zasługuje Tom Hiddleston, który jest chyba najlepszą rzeczą jaka przytrafiła się serii o Thorze. Tym razem jego Loki nie jest aż tak jednowymiarowy jak w „jedynce” i Avengersach. Niby wiemy, że on ciągle będzie mącił i spiskował, ale pokazuje się też z lepszej strony i już nie jesteśmy tacy pewni. Anglik bardzo dobrze to odgrywa.
Również humorystyczne sceny z jego udziałem podobały mi się najbardziej.

Lekkie kino na pochmurne popołudnie. 3D jest oczywiście zbędne, więc jeśli macie wybór zalecam dwuwymiarowy seans. Oczywiście przy założeniu, że nie żal Wam pieniędzy na typowego blockbustera. 6/10